One. Nadieżda Mandelsztam, Anna Iwaszkiewiczowa, Zofia Tołstojowa, Maria Kasprowiczowa
Autor: Radosław Romaniuk
Wydawnictwo: Twój Styl 2005
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„One” to książka, którą z łatwością można by było sprzedać jako kolekcję „muzy poetów”, lecz Romaniuk na szczęście odmawia udziału w tym kiczu. Wybór bohaterek – Nadieżda Mandelsztam, Zofia Tołstojowa, Anna Iwaszkiewiczowa, Maria Kasprowiczowa – wygląda jak eksperyment: sprawdźmy, co zostaje z mitu „Wielkiego Pisarza”, jeśli opowiemy go z perspektywy osób, które musiały z nim żyć dzień po dniu, znosić jego „genialne humory”, finansowe katastrofy, zdrady, emigracje wewnętrzne i zewnętrzne. Autor nie pisze jednak pamfletu na literackich gigantów; raczej otwiera boczne drzwi do dobrze znanych biografii i pozwala wejść do kuchni, gdzie z patosu zostaje codzienność, rachunki i choroby.
Największa siła tej książki polega na tym, że Romaniuk nie robi z tych kobiet ofiar ani też nie przerabia ich na modne dziś ikony emancypacji. Pokazuje raczej splątanie – lojalności, ambicji, miłości, rozpaczy, czasem próżności. Nadieżda Mandelsztam nie jest tu tylko „wdową po sumieniu rosyjskiej poezji”, ale autorką jednego z najważniejszych świadectw XX wieku, kobietą, która niemal fizycznie wchłonęła poezję męża, by ją przechować w pamięci. Zofia Tołstojowa nie jest wariatką z dzienników, lecz współautorką jego legendy i współwięźniem jego moralnych eksperymentów. Romaniuk ma ucho do szczegółu: nie interesuje go suchy biogram, tylko moment, w którym w liście, notatce, marginalium nagle pęka oficjalny ton i wychodzi na jaw cena, jaką płaci się za cudzą wielkość.
Styl jest – na szczęście – daleki od uniwersyteckiej tezy habilitacyjnej. Romaniuk pisze eseistycznie, łączy cytaty, anegdoty, fragmenty listów z własnym, dość powściągliwym komentarzem. Czuje się, że zna materiał do kości, ale nie epatuje erudycją, tylko ją dyskretnie podsuwa. „One” czyta się więc trochę jak serię długich, gęstych rozmów o czterech związkach, w których przypadkiem występują Tołstoj, Mandelsztam, Iwaszkiewicz i Kasprowicz. W rezultacie powstaje książka o tyle niewygodna, że po jej lekturze trudno już z równym zapałem zachwycać się „życiem wielkich pisarzy” – człowiek zaczyna mimowolnie dopytywać: a kto w tym samym czasie robił herbatę, chował dzieci i pilnował, żeby rachunki były zapłacone? Romaniuk nie tyle „oddaje im głos”, ile przypomina, że bez nich znaczna część literackiego kanonu po prostu by nie powstała.