Następna dekada
Autor: George Friedman
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie 2012
Okładka: twarda
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Następna dekada” to coś w rodzaju podręcznika dla wyimaginowanego amerykańskiego prezydenta, pisanego przez człowieka, który najwyraźniej bardzo lubi szachownicę, a znacznie mniej – pionki. Friedman, znany z „Następnych 100 lat”, tym razem zawęża perspektywę do jednego, bardzo konkretnego odcinka czasu: pierwszej dekady XXI wieku po kryzysie finansowym. Interesuje go nie tyle opis świata, ile zimna instrukcja obsługi imperium, które udaje, że imperium nie jest. To właśnie koncepcja „niezamierzonego imperium” stanowi ideowy rdzeń książki: Stany Zjednoczone jako potęga, która sama wplątała się w hegemonię i teraz musi nią zarządzać, nie tracąc republikańskiej fasady.
Ciekawe jest to, jak Friedman pisze o świecie: sucho, instrumentalnie, chwilami aż do bólu cynicznie – ale z pewną konsekwencją intelektualną, której wielu komentatorom brakuje. Państwa są tu narzędziami, nie „partnerami”, demokracja – dekoracją, a przyzwoitość – luksusem, na który geopolityka pozwala sobie wyłącznie w chwilach dobrej pogody. W tym sensie książka jest uczciwa w swoim cynizmie: bez ogródek formułuje to, co zwykle chowa się za eufemizmami typu „stabilizacja regionu” czy „eksport wartości”. Rozdziały dotyczące Europy Środkowo-Wschodniej – z Polską jako przyszłym regionalnym filarem amerykańskiej strategii – czy też rozważania o Iranie, Turcji, Chinach i Japonii czyta się właśnie jak plan rozstawiania figur na planszy, gdzie historia jest zaledwie sumą ograniczeń geograficznych i demograficznych.
Z perspektywy polskiego czytelnika najwięcej emocji budzi rzecz jasna rola przypisana Polsce – jako kluczowemu państwu Międzymorza, istotnemu dla powstrzymywania Rosji. Dla części odbiorców zabrzmiało to jak długo wyczekiwany komplement, dla innych – jak przejaw amerykańskiego życzeniowego myślenia o „useful allies” na wschodniej flance. Warto też pamiętać, że jest to książka skrajnie amerykocentryczna, w dodatku celowo normatywna: Friedman nie tylko opisuje, ale wręcz mówi, co USA „powinny” zrobić, by utrzymać hegemonię, usprawiedliwiając przy tym sporą dawkę manipulacji i brutalnej gry sił. Dla jednych będzie to ożywcza szczerość, dla innych – zimny manifest realpolitik podszytej wiarą, że imperium jednak może pozostać republiką, jeśli tylko będzie wystarczająco sprytne.