Nawet geniusze mogą się mylić
Autor: Peter Kroning
Wydawnictwo: Amber, 2004
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Nawet geniusze mogą się mylić” to książka napisana z tym rodzajem chłodnej satysfakcji, jaką odczuwa ktoś, kto znalazł rysę na marmurowym pomniku. Kröning z przyjemnością rozbiera na czynniki pierwsze dwadzieścia naukowych pomyłek, błędnych hipotez, ślepych uliczek i przeinaczeń, w których bohaterami są nie dyletanci, lecz ścisła elita – ludzie, którym zazwyczaj przypisuje się coś między nieomylnością a natchnieniem. Nie interesują go anegdoty z rubryki „czy wiesz, że”, ale sytuacje, w których błąd był logicznym skutkiem kontekstu epoki, dostępnych danych i dominujących przekonań. To nie katalog głupstw, lecz małe studium tego, jak bardzo rozum potrafi wyprowadzić człowieka w pole, o ile tylko dostarczymy mu odpowiednio zawężony materiał.
Kröning pisze z pozycji przyrodnika i terapeuty zarazem: z jednej strony swobodnie porusza się po warsztacie nauk ścisłych, z drugiej ma ucho wyczulone na psychologiczne złudzenia, na próżność, potrzebę spójności i lęk przed utratą pozycji. Widać, że bardziej od samych błędnych teorii interesują go mechanizmy: grupowe myślenie, prestiż nazwiska, „ślepota na dane”, które nie pasują do eleganckiej konstrukcji. Styl jest lekki, publicystyczny, chwilami niemal gawędziarski, ale pod warstwą anegdot kryje się całkiem surowa lekcja: nauka nie jest procesją nieustannych tryumfów, tylko zygzakiem, w którym momenty jawnego blamażu są tak samo istotne jak chwile olśnienia. Czytelnik, który spodziewa się poczciwego zbiorku „naukowych ciekawostek”, dostaje nieco bardziej niewygodne zwierciadło poznawczej pychy.
W polskim pejzażu popularnonaukowym początku lat dwutysięcznych ta książka pełniła pożyteczną rolę antidotum na naiwny kult „geniusza w białym kitlu”. Kröning przypomina, że autorytet nie jest kategorią epistemologiczną, tylko społeczną – i że nazwisko na grzbiecie pracy nie może zastąpić dowodów. Można ją czytać jako łagodną przestrogę przed bezrefleksyjną wiarą w „to, co mówi nauka”, rozumianą jako gotowy pakiet tez, zamiast jako proces, w którym błąd jest nie tyle hańbą, ile koniecznym narzędziem postępu. Ironia tytułu jest więc podszyta dość poważnym przesłaniem: jeśli najwybitniejsi mylili się tak spektakularnie, to może warto z pewną rezerwą traktować własne, dużo skromniejsze przekonania.