Antonio Scurati
Autor: Antonio Scurati
Wydawnictwo: Sonia Draga, 2018
Okładka: twarda
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„M. Syn stulecia” to powieść o Mussolinim, która nie tyle „opowiada historię”, ile rekonstruuje atmosferę momentu, gdy historia wymknęła się z rąk rozsądku. Scurati nie interesuje się ani tanią demonologią, ani rozgrzeszającą psychologizacją; zamiast tego układa z drobiazgów – komunikatów prasowych, depesz, przemówień, zapisków – wielką panoramę społeczeństwa, które stopniowo przyzwyczaja się do tego, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało się niewyobrażalne. Mussolini nie jest tu genialnym demonem, raczej oportunistą, który z zadziwiającą bezczelnością potrafi wykorzystać zmęczenie, resentyment i nudę liberalnej demokracji. W tle pobrzmiewa pytanie, które autor nigdy nie stawia wprost: czy to naprawdę on stworzył faszyzm, czy raczej faszyzm był po prostu najbardziej brutalną formą zbiorowej wygody?
Forma książki jest czymś pośrednim między powieścią a dokumentem – jakby po Tomaszu Mannie przejechał się reporter śledczy. Rozdziały datowane jak wpisy w kronice, wmontowane w narrację fragmenty gazet, dekretów i mów parlamentarnych, suchy rejestr faktów przecinany fragmentami, w których język nagle gęstnieje, nabiera niemal ekspresjonistycznego ciężaru. To nie jest klasyczna powieść biograficzna w stylu „od kołyski do zamachu stanu”; raczej studium rodzenia się mitu w czasie rzeczywistym – w salonach, na wiecach, w kawiarniach, w redakcjach, na ulicy. Scurati ma tę nieprzyjemną dla czytelnika umiejętność, że pokazując Włochy lat 1919–1925, pisze jednocześnie o wszelkich demokracjach „zmęczonych sobą” – bez łatwych analogii, ale z wyczuwalnym ostrzem.
Znaczenie tej książki polega na tym, że przywraca faszyzmowi jego banalną codzienność: zamiast potwora otrzymujemy koalicję tchórzostwa, kalkulacji i konformizmu. Włoski autor robi z Mussoliniego postać tyleż centralną, co w pewnym sensie pustą – „syn stulecia” jest tu raczej produktem własnej epoki niż jej demiurgiem. W efekcie „M” czyta się nie jak historyczny fresk o dawno minionym czasie, lecz jak rozprawę o tym, jak krucha jest granica między porządkiem a przemocą, kiedy elity polityczne myślą wyłącznie w kategoriach doraźnych korzyści. To książka obszerna, ale nie rozwlekła – taka, z którą lepiej się nie zgadzać, niż ją zignorować.