Okręty na oceanie czasu
Autor: Maciej Iłowiecki
Wydawnictwo: Mada, 2001
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Okręty na oceanie czasu” to książka napisana wyraźnie z ambicją wyrwania polskiej nauki z przypisu na marginesie podręczników historii. Iłowiecki nie tworzy „słownika zasłużonych uczonych”, tylko dość szeroką panoramę – od pojedynczych biografii po dzieje instytucji, od Kopernika po dramatyczny rok 1945. Jest tu myślenie nie tyle w kategoriach „wynalazków”, ile obiegów idei: jak polskie odkrycia wchodziły w obieg międzynarodowy, gdzie grzęzły, a gdzie – jak w przypadku Skłodowskiej-Curie – stawały się częścią światowego kanonu. Autor ma oko reportera, więc zamiast suchych dat dostajemy anegdoty, realia pracy laboratoriów, czasem nawet kulisy środowiskowych sporów.
Siłą tej książki jest konsekwentne przesuwanie punktu ciężkości z narodowej tromtadracji na konkret: Iłowiecki dosyć trzeźwo oddziela legendę od faktycznego wkładu. Nie ma tu tonu muzealnego przewodnika, raczej narracja kogoś, kto spędził dużo czasu w archiwach i bibliotekach, ale wciąż pamięta, że czytelnik ma ograniczoną cierpliwość. Popularnonaukowa forma nie oznacza spłycenia – autor sprawnie przeprowadza czytelnika przez różne dyscypliny (od medycyny po matematykę), pokazując, że polska nauka to nie tylko kilka znanych nazwisk z nazw ulic, lecz całe sieci współpracy, o których rzadko się wspomina. W tle stale obecny jest kontekst polityczny i cywilizacyjny: rozbiory, brak własnego państwa, wojny – wszystko to stanowi nie tło dekoracyjne, ale realny czynnik ograniczający lub wymuszający specyficzne strategie rozwoju.
Najciekawsze jest to, że książka rzeczywiście spełnia zadanie „oduczenia” czytelnika kompleksu niższości bez wpadania w przeciwległy kompleks wielkości. Iłowiecki pisze z wyczuwalną sympatią do swoich bohaterów, lecz nie zamienia ich w spiżowe pomniki; czasem podkreśla prowincjonalność środowisk, zaniedbania, zapóźnienia – i właśnie ta mieszanina dumy i dyskretnej autoironii czyni jego opowieść wiarygodną. Dla nauczycieli czy studentów będzie to użyteczne kompendium, dla miłośników historii – podróż po mniej uczęszczanych korytarzach polskiej kultury, gdzie zamiast poetów i wodzów pierwsze skrzypce grają uczeni, laboratoria i biblioteki. Można mieć zastrzeżenia do nieuchronnych skrótów i uproszczeń, ale jako szeroka, czytelna brama do tematu historii polskiej nauki książka spełnia swoją rolę z nawiązką.