Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy
Autor: Sergiusz Piasecki
Wydawnictwo: Oficyna Cracovia
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” to rzadki przypadek powieści przygodowej, która starzeje się jak porządny bimber, a nie jak gazetowy sensacyjak – im dalej od realiów opisywanego pogranicza, tym wyraźniej widać, jak sprawny to literacki mechanizm. Piasecki bierze schemat „historii o chłopaku znikąd”, wrzuconym w świat przemytników na polsko-sowieckiej granicy, i zamiast romantycznej legendy o wolnych ludziach stepu, buduje dość brutalną kronikę zawodu, w którym patos szybko przegrywa z zimną nocą, głodem i kulami strażników. Narrator Władek nie jest ani klasycznym awanturnikiem w stylu Londona, ani udręczonym inteligentem – jest kimś pośrodku, wystarczająco wrażliwym, by widzieć grozę sytuacji, i wystarczająco cynicznym, by jednak za każdym razem wracać „na robotę”.
Najmocniejszym komponentem książki jest topografia i atmosfera granicy – ten pas ziemi, w którym dwudziestowieczna geopolityka kondensuje się do bardzo prostych kategorii: kto strzela, kto ucieka, kto zna drogę przez bagna. U Piaseckiego to nie jest dekoracja, ale osobny bohater: las, ciemność, „Wielka Niedźwiedzica” nad głową, która nadaje całej historii ton nieco fatalistycznej ballady. Stąd zresztą tytuł – romantyczny niemal do przesady – zderzony z prozą codzienności przemytników, którzy bardziej niż o gwiazdach myślą o cenie tytoniu i możliwych konfidentach. Ten dysonans – między twardą logistyką szmuglu a nieusuwalną potrzebą mitologizowania własnego życia – sprawia, że powieść wykracza poza zwykłe „łotrzykowskie wspomnienia z granicy”.
W kontekście polskiej prozy międzywojennej Piasecki stoi trochę obok głównego nurtu: nie interesuje go ani salon, ani dworkowa nostalgia, ani modernistyczne eksperymenty formą. Jego styl jest gęsty od konkretu, zdyscyplinowany, miejscami wręcz reporterski, ale podszyty ironią człowieka, który zbyt dobrze zna opisywany świat, by się nim zachwycać. Antykomunistyczna wymowa nie jest tu publicystyką, raczej skutkiem samego wyboru perspektywy – człowieka z marginesu, patrzącego na Sowiety nie przez pryzmat ideologii, lecz przez zasięg reflektora i długość rosyjskiej salwy. Nic dziwnego, że ta książka – zakazana po wojnie, potem krążąca jak towar przemycany z emigracyjnych oficyn – dorobiła się statusu kultowego: to jedna z tych powieści, które czyta się jak sensację, a pamięta jako bardzo konkretną lekcję o cenie wolności, kiedy granica nie jest abstrakcyjną linią na mapie, tylko nocą, w którą naprawdę trzeba wejść.