Żmija
Autor: Andrzej Sapkowski
Wydawnictwo: SuperNowa, 2009
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Żmija” to książka napisana jak pięść wymierzona w mit wojennej chwały. Sapkowski zabiera czytelnika do Afganistanu — miejsca, gdzie imperia giną od własnej pychy — i od razu pokazuje, że wojna to brud, głód, strach i przypadek. Śledzimy praporszczyka Lewarta: Polaka w armii radzieckiej, który zamiast bohaterstwa dostaje paranoiczny kontrwywiad, miny-pułapki i helikoptery wracające z połową załogi. Autor nie bawi się w patos — operuje złośliwą ironią, wojskowym slangiem i obserwacją człowieka zredukowanego do mięsa, które ma wykonywać rozkazy. Wciąga tym bardziej, im mniej pozwala czytelnikowi oddychać wygodnymi złudzeniami.
Fantastyka pojawia się tu rzadko, ale kiedy już wchodzi, to jak zimny błysk ostrza — tytułowa żmija nie jest smokiem rodem z gry RPG, tylko archetypem wojny: pradawną siłą, która wraca w każdej epoce, karmiona ludzką ambicją. W wizjach Lewarta przetaczają się najeźdźcy Aleksandra Wielkiego, czerwone fraki Brytyjczyków i kolumny ZSRR — wszyscy popełniają tę samą głupotę. Ta symbolika jest prosta, a jednak trafna: Afganistan to mechanizm mielący żołnierzy od dwóch tysięcy lat, a fantastyczny element tylko uwypukla, że historia kręci się w kółko, bo ludzie nie uczą się niczego poza zabijaniem z większej wysokości.
Najbardziej rozpoznawalny styl Sapkowskiego został tu celowo zduszony. Dialogi są bardziej brudne niż błyskotliwe, świat nie pęka od mitycznych systemów magii, a humor to raczej czarny bełkot frontowego zmęczenia. Fan „Wiedźmina” może poczuć zawód — nie ma tu Geraltowych one-linerów ani epickich sekwencji. Ale jeśli potraktować „Żmiję” jak antywojenną notatkę z pola walki, próbowaną przez fantasy niczym łyk kwasu — działa świetnie. To nie jest książka, która ma zachwycać. Ma zostawić czytelnikowi piekącą myśl: kolejna wojna, ten sam absurd.