Studium historii
Autor: Arnold Toynbee
Wydawnictwo: PIW 2000
Okładka: twarda
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Studium historii” Arnolda Toynbee’ego to jedna z tych książek, które trudno umieścić w prostej szufladce – ani to czysta historia, ani filozofia dziejów, ani literatura porównawcza. To raczej próba spojrzenia na cywilizacje tak, jak przyrodnik patrzy na gatunki: rodzą się, rozwijają, osiągają pełnię sił, a potem ulegają degeneracji i śmierci. Toynbee widzi w historii rytm przypominający pulsowanie żywego organizmu, a nie liniową drabinę postępu. Inspiruje go Spengler, ale unika jego katastrofizmu – bardziej interesuje go dynamika odpowiedzi na wyzwania.
Centralne miejsce zajmuje tu model „wyzwanie–odpowiedź”. Cywilizacje powstają nie dlatego, że geografia sprzyja, ani dlatego, że dana rasa ma rzekome predyspozycje, lecz dlatego, że w obliczu kryzysu garstka ludzi potrafi wskazać nową drogę. Ta „kreatywna mniejszość” pociąga za sobą resztę, ale gdy zamienia się w kastę broniącą przywilejów, historia wchodzi w fazę schyłku. Wtedy pojawiają się „proletariaty”: wewnętrzny – ludzie zbuntowani przeciw własnym elitom – i zewnętrzny – obce ludy naciskające z peryferii. Upadek Rzymu jest tu tylko jednym z wielu przykładów.
Toynbee’ego fascynuje także moment, w którym na gruzach imperiów powstają „uniwersalne państwa” i „uniwersalne kościoły”. Te pierwsze są doraźnymi konstrukcjami, które próbują utrzymać porządek (jak imperium chińskie czy Bizancjum), drugie zaś – duchową odpowiedzią, która przetrwa dłużej niż władza polityczna. Chrześcijaństwo w czasach upadku Rzymu, buddyzm w Indiach czy islam w świecie arabskim są dla autora dowodami na to, że duchowość potrafi przedłużyć istnienie cywilizacji w innej formie.
Nie sposób nie zauważyć, że ta wizja brzmi jak echo własnej epoki Toynbee’ego. Pisane przez trzy dekady dzieło dojrzewało w cieniu dwóch wojen światowych i lęku przed atomową zagładą. Zachód jawił mu się jako cywilizacja w kryzysie – silna materialnie, ale zagrożona przez własny nacjonalizm i kult techniki. Prognoza, że przyszłość należy do odnowy duchowej, brzmi dziś anachronicznie, a jednak trudno odmówić jej sugestywności.
Wersja Somervella, skracająca dwanaście tomów do jednego, ma charakter popularyzatorski. Utraciła ogrom materiału porównawczego, ale zachowała najważniejsze tezy i narracyjną siłę. W Polsce wydanie PIW z 2000 roku stało się obowiązkową lekturą dla studentów historii i socjologii – nie dlatego, że daje gotowe odpowiedzi, lecz dlatego, że prowokuje do dyskusji. Krytycy wskazywali na eurocentryzm i zbytnie uproszczenia (np. pomniejszenie roli technologii), zwolennicy – na odwagę, by spojrzeć na historię w kategoriach całości, a nie mozaiki dat i bitew.
„Studium historii” można więc czytać na wiele sposobów: jako ambitny traktat filozoficzny, jako świadectwo niepokoju wieku totalitaryzmów, albo po prostu jako dzieło erudyty, który próbował opowiedzieć dzieje ludzkości jedną wielką metaforą. I choć zarzuty o schematyzm mają sens, nie sposób odmówić Toynbee’emu skali i odwagi – rzadko który historyk próbował sięgać aż tak szeroko.