Dokąd zmierza Ameryka?
Autor: Jerzy Surdykowski
Wydawnictwo: Politeja, Warszawa, 2001
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Dokąd zmierza Ameryka? czyli drugie czytanie Tocqueville’a” to książka z tych, które najlepiej czyta się z ołówkiem w ręku i starym egzemplarzem „Demokracji w Ameryce” obok. Surdykowski nie pisze „o” Tocqueville’u, lecz raczej „przez” Tocqueville’a – traktuje go jak soczewkę, przez którą ogląda powojenne dzieje Stanów Zjednoczonych: od euforii zwycięstwa, przez zimnowojenną dominację, aż po moment, gdy Ameryka zostaje jedynym supermocarstwem, ale mentalnie pozostaje krajem wciąż zaskoczonym własną rolą. Tocqueville’owskie intuicje o tyranii większości, miękkim despotyzmie, roli religii i lokalnej samorządności są tu nie tyle streszczane, co „podkręcane” – autor próbuje sprawdzić, ile jeszcze wytrzymują, gdy na scenę wchodzi globalny kapitalizm, media masowe i amerykański mesjanizm polityczny po 1945 roku.
Surdykowski jest z zawodu dziennikarzem, a nie akademickim politologiem, i to czuć: pisze w tonie doświadczonego reportera, który dużo widział, sporo pamięta i z niejaką ironią patrzy na moralne autoupojenie Ameryki po zimnej wojnie. Interesuje go nie tyle potęga militarna, co intelektualne i psychologiczne nieprzygotowanie kraju do roli „jednego centrum świata”: imperium bez tradycji imperialnej, społeczeństwo – wciąż w dużej mierze prowincjonalne w swoich gustach – ma nagle pełnić funkcję arbitra cywilizacyjnego. W takich momentach autor korzysta z Tocqueville’a jak z lustra: zestawia XIX‑wieczne uwagi Francuza o energii, religijności i egalitaryzmie Amerykanów z ich późniejszymi mutacjami – od zimnowojennej doktryny powstrzymywania po neoliberalne uwielbienie dla rynku, który miał rzekomo załatwić także problemy polityczne.
Na tle dzisiejszej zalewającej rynek literatury o „upadku Zachodu” książka Surdykowskiego ma tę zaletę, że powstała przed irakiem Busha młodszego, przed Trumpem, przed mediami społecznościowymi. Dzięki temu czyta się ją jak zapis stanu świadomości jeszcze sprzed wielkich pęknięć – autor widzi Amerykę w momencie szczytowego samozadowolenia i już wtedy dostrzega rysy: kruchość instytucji, zmitologizowaną demokrację, krótki oddech historyczny. Nie jest to praca naukowa, lecz sprawny esej polityczny dla kogoś, kto lubi, kiedy Tocqueville wychodzi z uniwersyteckiego gabinetu i zaczyna mieszać się w bieżące spory. Dziś czytany, Surdykowski interesuje właśnie tym, w czym się pomylił i w czym – niestety – miał rację aż do bólu.