Przypadek i inne teksty
Autor: Krzysztof Kieślowski
Wydawnictwo: Znak, 1998
Okładka: miekka
Stan: bardzo dobry
Uwagi: brak
O książce
„Przypadek i inne teksty” to książka trochę przewrotnie zatytułowana: w praktyce mamy tu do czynienia nie z „przypadkiem”, lecz z dość rzadką w polskiej kulturze szansą podejrzenia, jak rodzą się filmy, zanim jeszcze staną się legendą. Kieślowski występuje tu nie jako „autor arcydzieł kina moralnego niepokoju”, lecz rzemieślnik i notujący świat obserwator – zapisuje sytuacje, dialogi, szkice postaci, które dopiero później przeobrażą się w Personel, Spokój, Amatora i Przypadek. To nie są literackie „opowiadania”, które zbiegiem okoliczności zekranizowano, lecz raczej materiał roboczy, w którym już widać wszystkie jego obsesje: konformizm i bunt, strach i odwagę, system i jednostkę uwięzioną między chęcią uczciwości a potrzebą przystosowania.
Ciekawe jest to, że książka jest de facto wspólnym przedsięwzięciem trzech osób: Kieślowskiego, Hanny Krall i Tadeusza Sobolewskiego. Krall porządkuje, kadruje i układa te teksty w logiczną całość, trochę jak montażystka, która pracuje na materiale reżysera – nie dopisuje mu biografii, ale podsuwa czytelnikowi taki układ, w którym z luźnych scenariuszowych form wyrasta historia jednego stylu myślenia. Sobolewski w posłowiu robi to, co w polskiej krytyce umie niewielu: umiejscawia Kieślowskiego w czasie, ale bez upiornego tonu „klasyka z pomnika”. Czytając te teksty razem z jego komentarzem, widać bardzo wyraźnie, jak z historii skromnego urzędnika, prowincjonalnego filmowca-amatora czy nieopierzonego pracownika teatru wyrasta kino, które nauczyło nas patrzeć na PRL nie przez wielkie daty, lecz przez drobne pęknięcia w życiorysach.
Wbrew pozorom nie jest to książka tylko dla filmoznawców. Owszem, ktoś, kto zna filmy, będzie miał podwójną przyjemność: może porównywać, co w drodze na ekran się urwało, co zostało dopisane, a co – jak słynny motyw „trzech żyć” z Przypadku – już tu istnieje w niemal krystalicznej postaci. Ale nawet jeśli czytać ten tom po prostu jako prozę, dostajemy surowy, oszczędny zapis doświadczenia pokolenia, które dojrzewało w systemie wymagającym nieustannego „kombinowania” z własnym sumieniem. Prosty, pozbawiony ozdobników język scenariuszy ma swój własny urok: nie uwodzi, lecz zmusza do przyglądania się sytuacjom. W efekcie powstaje książka osobliwa – nie kanoniczna „literatura piękna”, nie podręcznik do kina, lecz coś pomiędzy: dokument procesu twórczego, który sam w sobie staje się literackim świadectwem epoki.