Sprawczynie
Autor: Kathrin Kompisch
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2012
Okładka: miekka
Stan: bardzo dobry
Uwagi: brak
O książce
„Sprawczynie” Kompisch to książka napisana jak korekta do całego powojennego dyskursu o nazizmie – tej wygodnej opowieści, w której mężczyźni są katami, a kobiety z zasady figurowały po stronie ofiar, lub co najwyżej „naiwnych współuczestniczek”. Autorka rozbiera ten mit z chłodną konsekwencją archiwisty i uporem kogoś, kto bardzo dobrze wie, jak działa społeczna amnezja. Nie interesuje jej więc ani tani szok, ani katalog „potworek” w spódnicach, tylko pokazanie, jak bardzo zwyczajne, przeciętne, społecznie „niewinne” kobiety były logistycznym i emocjonalnym paliwem dla nazistowskiej machiny: od biurowych urzędniczek, przez opiekę społeczną, personel szpitali i placówek eutanazyjnych, po strażniczki obozowe i lojalne towarzyszki życia sprawców.
Tym, co wyróżnia tę książkę na tle wcześniejszych prac (zwykle albo sensacyjnych, albo wąsko akademickich), jest upór, z jakim Kompisch trzyma się kontekstu społecznego: „sprawczyni” nie rodzi się jako potwór, lecz jako idealna córka, matka, pielęgniarka, „dziewczyna z sąsiedztwa”, której ideologia oferuje moralne alibi. Autorka pokazuje, jak nazizm wprzęgał tradycyjne role płciowe w system przemocy – jak opieka społeczna staje się narzędziem selekcji rasowej, jak troska o „zdrowie narodu” zasila program eutanazji, jak kobieca pracowitość, skrupulatność i emocjonalne zaangażowanie wzmacniają aparat biurokratyczny, który de facto zarządza śmiercią. Styl jest rzeczowy, ale nie aseptyczny – czuć w nim irytację badaczki, która po raz kolejny widzi, jak „nie wiedziałam”, „byłam tylko stenotypistką” i „robiłam, co kazali” funkcjonuje jako powojenny rytuał usprawiedliwienia.
Polskie wydanie, solidnie przełożone, dobrze wpisuje się w naszą debatę o „zwyczajnych ludziach” w systemach zbrodniczych – tu „zwyczajne kobiety” stają w jednym szeregu z tym, co o męskich sprawcach pisał Browning czy Goldhagen, ale zarazem komplikują całą opowieść o płci i winie. „Sprawczynie” burzą wygodny podział na męską przemoc i kobiecą empatię; pokazują, że płeć nie chroni ani przed zbrodnią, ani przed odpowiedzialnością, za to bardzo skutecznie chroniła po wojnie przed osądem. To lektura, która trochę psuje samopoczucie – i bardzo dobrze, bo właśnie o to chodzi: o odebranie komfortu tym, którzy chcieliby historię III Rzeszy widzieć jako męski koszmar, z którego kobiety budzą się zawsze po jasnej stronie.