Mischling czyli kundel
Autor: Affinity Konar
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka, 2016
Okładka: miekka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
Affinity Konar wchodzi w jeden z najbardziej zaminowanych terenów literatury – Auschwitz i „dzieci Mengelego” – z ryzykiem niemal bluźnierczym: zamiast surowego, dokumentalnego tonu wybiera prozę gęstą, niemal liryczną, opowiedzianą głosami bliźniaczek. Perła i Stusia są jak dwa naczynia połączone: fizycznie rozdzielane, psychicznie scalone, co pozwala autorce powiedzieć coś nie tylko o obozie, ale o samej strukturze tożsamości. „Mischling”, słowo-obelga, które w nazistowskiej biurokracji oznaczało „mieszańca rasowego”, Konar przekształca w tytułowy klucz: miesza ze sobą traumę i halucynację, pamięć i projekcję, dziecięcą percepcję i dojrzały język. To nie jest „literacki reportaż z obozu”, tylko konsekwentny eksperyment: jak opisać horror z perspektywy kogoś, kto dopiero uczy się nazywania świata.
Najmocniejszym zabiegiem jest zderzenie tego, co wiemy o Auschwitz, z tym, jak widzą go dziewczynki: „Zoo Mengelego” staje się czymś na wpół baśniowym, niemal groteskowym, ale bez groteski jako ulgi. Czytelnik obeznany z Borowskim czy Rawiczem wyczuwa pod tą dziecięcą narracją potężny ciężar dokumentu – wiemy, co naprawdę kryje się za „badaniami”, co oznaczają drobne szczegóły, których dziewczynki jeszcze nie rozumieją. Konar wchodzi tu w dialog z tradycją pisania o Zagładzie: nie próbuje powtórzyć rygoru świadectwa, raczej pokazuje, jak trauma pęka w języku, jak wkracza w sferę metafory, snu, podwójnej świadomości. Śmierć – a może zniknięcie – Perły i późniejsze poszukiwania prowadzone przez Stusię lokują drugą część książki w zupełnie innym rejestrze: to już nie „literatura obozowa”, lecz powojenna odyseja kogoś, kto nie ma pewności, czy szuka siostry, czy własnego, utraconego „ja”.
Wartością „Mischlinga” nie jest więc tylko rekonstrukcja konkretnych wydarzeń, lecz próba uchwycenia bliźniactwa jako metaforycznego modelu pamięci: jedna z sióstr ginie z pola widzenia, ale nie znika z wewnętrznego dialogu; druga żyje dalej, ale jest niepełna, „kundlona” przez cudzą przemoc. W tym sensie Konar pisze powieść o Holokauście jako o doświadczeniu dziedzicznym – czymś, co przechodzi z ciała do ciała, jak Mengele marzył, tylko wbrew jego intencjom. Tam, gdzie literatura o Auschwitz często opiera się na powściągliwości, Konar pozwala sobie na ekspresję, obrazy, nadmiar: niekiedy balansuje niebezpiecznie blisko estetyzacji grozy, ale właśnie ta chwiejność czyni książkę interesującą. „Mischling czyli kundel” to nie kolejna „poruszająca historia z obozu”, którą można postawić w jednym rzędzie z dziesiątkami podobnych tytułów, lecz raczej próba sprawdzenia, czy po tylu świadectwach w ogóle da się jeszcze powiedzieć coś własnym głosem – i jak wysoką cenę się za to płaci.