Rycerz z Alcántary
Autor: Jesús Sánchez Adalid
Wydawnictwo: Bellona, 2011
Okładka: miekka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Rycerz z Alcántary” to ten typ powieści historycznej, który nie zadowala się dekoracją z halabard i koronek. Adalid bierze rok 1568 – moment dla Hiszpanii bardzo niewygodny: Flandria płonie, na Morzu Śródziemnym straszą Osmanowie, w Grenadzie wrze rebelia morisków – i traktuje go jak mapę naczyń połączonych. Misja Luisa Maríi Monroya, rycerza zakonu Alcántara, do Stambułu jest więc nie tyle egzotyczną wyprawą w turban i haremy, ile elementem większej, dość trzeźwo pokazanej gry wywiadów, lęków i obsesji monarchii Filipa II. To nie jest „Hiszpania Złotego Wieku” z turystycznej broszurki, lecz imperium, które zaczyna bronić się informacją i intrygą, bo czystej siły ma – paradoksalnie – coraz mniej.
W obrębie samej fabuły autor bawi się gatunkami w sposób dość swobodny: z jednej strony mamy klasycznego „caballero” – Monroya, z całą rycerską etykietą, z drugiej – strukturę powieści szpiegowskiej, gdzie przykrywka kupca, Wenecja jako miasto pośredników i Sycylię jako śródziemnomorski węzeł przeładunkowy traktuje się jak naturalne tło dla konspiracji. Adalid dobrze czuje topografię i realia epoki: porty, traktaty, przepływ ludzi między zakonami rycerskimi (tu interesująco wypada obecność rycerza maltańskiego Juana Barelliego) – to wszystko tworzy wrażenie organiczności, jakby fabuła wynikała z samej geopolityki. Romansowe nici i przygodowe epizody nie dominują, raczej modulują tempo, żeby czytelnik nie ugrzązł w samej strategii i doktrynie.
Pod względem literackim „Rycerz z Alcántary” najbliższy jest temu nurtowi hiszpańskiej powieści historycznej, który po „Kapitanie Alatriste” zdobył drugie życie: mniej patosu, więcej próby zrozumienia, czym jest lojalność wobec państwa, zakonu, wiary w epoce, gdy wszyscy oficjalnie wyznają to samo, a i tak nikt nikomu nie ufa. Adalid, który z wykształcenia jest prawnikiem i znawcą prawa kanonicznego, wplata w narrację pewną „instytucjonalną świadomość” – zakony, dwór, aparat królewski nie są tu tekturowymi kulisami dla miłosnych i awanturniczych perypetii, ale strukturami, które kształtują decyzje bohaterów. W efekcie powstaje powieść, która potrafi zadowolić miłośnika płaszcza i szpady, ale równocześnie daje coś, czego w tym gatunku często brakuje: poczucie, że przygoda jest konsekwencją epoki, a nie tylko kaprysem autora.