Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
EAN: 9788375085327
Wysyłka od: 15.00 PLN

Sekret Rembrandta
Autor: Alex Connor

Wydawnictwo: Sonia Draga, 2012
Okładka: miekka 
Stan: dobry

Uwagi: brak

O książce

„Sekret Rembrandta” to dokładnie ten typ powieści, który można by nieostrożnie zbyć jako „kod da Vinci w wersji malarskiej” – i byłoby to dla niej pewną krzywdą. Alex Connor buduje historię na znanym już szkielecie: dawna zbrodnia, sztuka jako nośnik tajemnicy, współczesne morderstwa układające się w złowieszczą sekwencję. Ale sedno leży gdzie indziej: w spojrzeniu na Rembrandta nie jako pomnik holenderskiego złotego wieku, lecz jako człowieka uwikłanego w małostkową zemstę, brudne sekrety pracowni i bardzo współczesne pytania o autorstwo. Wątek Geertje Dircx – kobiety zepchniętej na margines, która w odwecie podważa „czystość” dorobku mistrza – to jeden z ciekawszych literackich zabiegów, bo dotyka tematu wygodnych kłamstw, na których od wieków stoi rynek sztuki.

Współczesna część, z Marshallerem Zeiglerem wciągniętym w świat marszandów, kolekcjonerów i kuratorów, funkcjonuje jak przewrotny komentarz do siedemnastowiecznego Amsterdamu: minęły wieki, lecz logika jest ta sama – obraz jest tyle wart, ile narracja, jaką można wokół niego sprzedać. Connor dobrze czuje to środowisko; zamiast fetyszyzować aukcyjne rekordy, pokazuje je jako kulisy cynicznej gry, w której autentyczność bywa bardziej kategorią umowną niż faktem. Trzy morderstwa – inscenizowane z teatralną przesadą – są tu raczej narzędziem dramaturgicznym niż psychologicznym studium zbrodni, ale w tym gatunku to nie wada, tylko konwencja. Autorka stawia na tempo i atmosferę, a nie introspekcję – bardziej interesuje ją, jak sfabrykowana prawda wpływa na ceny katalogowe, niż co się dzieje w głowie zabójcy.

Na tle innych thrillerów artystyczno-historycznych „Sekret Rembrandta” broni się tym, że traktuje malarstwo nie jak dekorację, a jak oś sporu: kto jest naprawdę autorem dzieła – ręka, nazwisko czy legenda? Connor, choć nie pisze z czułością eseisty zajmującego się historią sztuki, ma wyraźne upodobanie do pokazania warsztatu: pracowni, uczniów, kopiowania, podpisywania cudzych płócien, tego całego „brudu” stojącego za jednym, czystym nazwiskiem w muzealnym opisie. Zdarzają się tu typowe dla gatunku przegięcia fabularne, ale gdy potraktować je jako cenę za wejście do gry, pozostaje powieść, która z Rembrandta zdejmuje patynę nienaruszalności i wpisuje go w ciągły, do dziś żywy spór o to, komu tak naprawdę wierzymy: oku, dokumentom, czy temu, kto ma najgłośniejszy głos na rynku.