Lubiewo bez cenzury
Autor: Michał Witkowski
Wydawnictwo: Świat Książki, 2012
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Lubiewo bez cenzury” to ciekawy przypadek: nie tyle „nowa wersja” powieści, ile powrót autora do własnego mitu założycielskiego. Witkowski robi tu coś, na co mało kto się odważa – wyciąga z szuflady to, czego kiedyś się bał, i dokleja do książki, która już zdążyła wejść do kanonu współczesnej prozy. Otrzymujemy więc nie tyle „director’s cut”, ile rozbudowaną, rozchełstaną genealogię polskiego campu gejowskiego: język ciot, pejzaż dworcowych krzaków, kręgów „pań” odtrąconych zarówno przez heteronormatywne społeczeństwo, jak i przez późniejszy, gładko wyprasowany mainstream LGBT.
W wersji „bez cenzury” najmocniej czuć to, co w „Lubiewie” od początku było ważniejsze od samej fabuły: język jako terytorium. Witkowski nie tyle „opisuje” margines PRL-owskiej i wczesnokapitalistycznej Polski, ile pozwala mu mówić jego własną, szorstką, paskudnie zabawną gwarą. Dodane i przywrócone fragmenty nie są tylko bonusowym materiałem dla fanów; raczej poszerzają archiwum – to oral history polskiej homoseksualności, zapisanej nie głosem poprawnego aktywisty, lecz rozchełstanej, nieobyczajnej cioty, która nie ma zamiaru nikogo edukować. Zresztą dzisiejszy czytelnik, przyzwyczajony do grzecznych narracji o „tęczowych rodzinach”, może się tu poczuć równie nieswojo, jak dawni recenzenci w 2005 roku.
Znaczenie tej książki w polskiej literaturze polega na tym, że jako jedna z pierwszych z taką bezwstydną konsekwencją zniosła podział na „wysoką” prozę i „brudne” doświadczenie. „Bez cenzury” podkręca ten efekt: pokazuje, ile w „Lubiewie” było pierwotnie autocenzury, a ile odwagi wydawniczej epoki. Można ją czytać jako powieść, można jako dokument środowiska, ale najciekawiej – jako zapis momentu, w którym literatura gejowska w Polsce przestała zabiegać o akceptację i zaczęła mówić własnym, bezwstydnym idiolektem.