Vatran Auraio
Autor: Marek S. Huberath
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2011
Okładka: miekka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Vatran Auraio” to jedna z tych książek, które udowadniają, że fantastyka potrafi być równie bezlitosna dla czytelnika, jak świat, który opisuje. Huberath nie buduje tu klasycznej „space opery” ani nawet typowej dystopii; raczej coś w rodzaju antropologicznego traktatu zakamuflowanego w powieści, pisanego z czułością dla ludzkiej kruchości i jednocześnie z chłodem anatoma. Obca planeta nie służy widowisku, lecz eksperymentowi: co zostaje z człowieka, gdy ciało się degraduje, prokreacja staje się rytuałem naznaczonym śmiercią, a pamięć o Ziemi jest już tylko wytartym mitem przechowywanym w głowie jednego, coraz bardziej wątpliwie wiarygodnego starca.
Tytułowy Vatran, strażnik tradycji i „ostatni, który pamięta”, jest tu figurą zarówno patriarchalną, jak i głęboko rozpaczliwą. Nie jest wodzem heroicznej wspólnoty, tylko kustoszem gasnącej cywilizacji, pilnującym rytuałów, których sens dawno się wymknął – jak kapłan odprawiający msze w języku, którego nikt już naprawdę nie rozumie. To, co w innych powieściach SF bywa tłem – biologiczna degeneracja, toksyczne środowisko, dewiacyjne rytuały przetrwania – u Huberatha staje się pierwszoplanowym bohaterem. Rzadko kiedy ciało bywa w fantastyce tak natarczywie obecne: choroba, brzydota, rozpad są opisywane niemal z naturalistyczną czułością, przez co cały świat Matcinu Dolany zdaje się jednym wielkim memento mori.
Dwa dołączone opowiadania nie są, na szczęście, „dodatkami dla fanów uniwersum”, lecz raczej dopisanymi przypisami do głównej tezy książki. Rozszerzają perspektywę: pokazują, że historia tej kolonizacji i tego świata nie jest pojedynczym przypadkiem, lecz wariantem większego, kosmicznego eksperymentu, w którym ludzkie mity, religie i struktury społeczne są testowane w nowych, okrutnych konfiguracjach. Styl Huberatha – gęsty, pełen neologizmów, nasycony melancholią – wymaga od czytelnika cierpliwości, ale odwdzięcza się czymś rzadkim: poczuciem obcowania nie z „kolejną polską SF”, lecz z osobnym, konsekwentnie doprowadzonym światem, w którym pytanie o to, „czy człowiek jeszcze jest człowiekiem”, nie jest metaforą, tylko codzienną, bolesną praktyką.