Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
EAN: 8310075243
Wysyłka od: 15.00 PLN

O krasnoludkach i o sierotce Marysi
Autor: Maria Konopnicka
Ilustracje: Janusz Grabiański

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia, 1993
Okładka: twarda 
Stan: dobry

Uwagi: brak

O książce

„O krasnoludkach i o sierotce Marysi” to ten rzadki przypadek lektury szkolnej, która – jeśli ją czytać bez pośpiechu i bez szkolnego ołówka w ręku – okazuje się znacznie bardziej osobliwa, niż głosi fama „sielskiej baśni z morałem”. Konopnicka układa tu dwa porządki: wiejską codzienność sieroty pasącej gąski oraz podziemne królestwo ludków w czapkach z mchu, które myślą jak mała rada ministrów od spraw moralności i sprawiedliwości społecznej. Z ich perspektywy polska wieś staje się czymś w rodzaju mapy sumienia: tu biedny Skrobek, tam wyzyskiwacz, gdzieś dalej dziecko pozostawione same sobie – wszystko wymaga interwencji, ale raczej dyskretnej, niż spektakularnej.

Krasnoludki Konopnickiej nie są więc wyłącznie bajkową dekoracją, lecz narzędziem oglądu świata z dystansu i z dołu zarazem. Autorka wyprowadza z ludowej wyobraźni istoty pomocne i poczciwe, a następnie wplata je w dziewiętnastowieczny spór o godność biedoty, sens pracy i wartość solidarności. Marysia, której los „wymaga naprawy”, nie jest księżniczką w przebraniu, lecz dzieckiem z samego środka chłopskiej nędzy; jej uczciwość i pracowitość nie stanowią abstrakcyjnej cnotki z katechizmu, ale jedyny kapitał, jakim może odpowiedzieć na swoją sytuację. To dlatego cała opowieść ma w sobie coś z ludowej przypowieści socjalnej – opowiedzianej miękkim, śpiewnym językiem, ale z bardzo trzeźwym rozpoznaniem stosunków społecznych.

Literacko to tekst zadziwiająco plastyczny: Konopnicka ma ucho do rytmu zdania i oko do szczegółu, dzięki czemu świat z mchu, paproci i chat krytych słomą nie jest pastorałką, tylko pejzażem, w którym czuć błoto pod nogami i dym z komina. W zestawieniu z dzisiejszą literaturą dziecięcą uderza brak nachalnej dydaktyki – morał owszem jest, ale wynika z porządku świata, nie z łopatologicznego wyjaśniania. Nic dziwnego, że książka przetrwała kolejne reformy programowe: można ją czytać jako baśń o dobrych duszkach, ale też jako dyskretny manifest, że sprawiedliwość – choćby i krasnoludzka – należy się tym, którzy nie mają nic poza pracą własnych rąk.

Polecamy