Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot cudownej
Autor: Lech Majewski
Wydawnictwo: Universitas, 1996
Okładka: miekka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Pielgrzymka do grobu Brigitte Bardot cudownej” to jedna z tych książek, które najchętniej ustawiłoby się obok Schulza i Gombrowicza, ale z zastrzeżeniem, że ich autor nigdy nie mógł się z nimi spokojnie napić kawy – bo urodził się za późno i skazany został na Polskę PRL-u, z jej ceratą na stole, telewizorem „Rubin” i katolicko-socjalistyczną schizofrenią. Majewski bierze tę nieco zszarzałą scenografię i wpuszcza w nią cały karnawał figur popkultury: Bardot, Picassa, Marilyn, Beatlesów, jakby chłopięca wyobraźnia z kiosku „Ruchu” nagle przerwała szary sen kraju na kartki. Sercem książki nie jest jednak „festiwal gwiazd”, lecz nieobecność: ojciec-pilot, który zaginął gdzieś pomiędzy mitem Bitwy o Anglię a PRL-owskim milczeniem. To właśnie ta luka organizuje cały labirynt: chłopiec krąży między pokojami hotelu-świata, bo nikt mu nie powiedział, gdzie naprawdę znajduje się wejście.
Hotel-labirynt Majewskiego jest konstrukcją bardzo współczesną: to nie tyle miejsce akcji, co urządzenie do mieszania porządków – historia II wojny, siermiężne dzieciństwo, popkulturowe widma Zachodu, prywatne psychoanalizy i katolickie obrazy wynoszone z kościoła wprost do podświadomości. Widać tu oko filmowca: sceny układają się w sekwencje bardziej wizualne niż fabularne, poszczególne „pokoje” przypominają plany zdjęciowe, między którymi przechodzi się drzwiami jak między ujęciami. Proza jest gęsta, metaforyczna, chwilami na granicy przesytu – ale to przesyt kontrolowany, świadomie budowana „nadwyżka obrazów” w stosunku do skromnej rzeczywistości PRL-u. Gdyby Majewski pisał oszczędnie, byłby nieuczciwy wobec bohatera: chłopiec, któremu odebrano mit ojca, musi sobie ten mit nadrobić nadprodukcją fantazji.
Interesujące jest, jak ten tekst pracuje z pamięcią zbiorową. Pilot Dywizjonu 302 to figura z patetycznych pomników, ale tu zostaje sprowadzony do rodzinnego deficytu, prywatnej tajemnicy i dziecięcej obsesji. Brigitte Bardot – symbol „wolnego świata” – jest raczej figurą niemożliwego kontaktu niż obietnicą erotyczną: chłopiec „pielgrzymuje” nie tyle do jej grobu, ile do grobu pewnej wizji Zachodu, która do Polski nigdy naprawdę nie dotarła, a jedynie przesiąkała w formie pogniecionych plakatów i urywków z „Przekroju”. W takim ujęciu książka staje się ciekawym ogniwem polskiej prozy o dorastaniu: zamiast realistycznej Bildungsroman otrzymujemy oniryczny, miejscami groteskowy traktat o dojrzewaniu w kraju, który nie przepracował własnej historii – więc dzieciom pozostaje budowanie prywatnych panteonów z tego, co przypadkiem przedostało się przez żelazną kurtynę.