Sezon w górach Jowiszowych
Autor: Marian Promiński
Okładka: Daniel Mróz
Wydawnictwo: Czytelnik, 1987
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Sezon w Górach Jowiszowych” to jedna z tych powieści, które udają, że są tylko historią o wyjeździe w góry, sanatorium i kilku znajomościach zawieranych w hotelowym holu – a w rzeczywistości są wiwisekcją człowieka, który nagle orientuje się, że jego życie nie jest już „w drodze”, lecz raczej „w zawieszeniu”. Promiński lokuje Amadeusza – muzyka w kryzysie – w przestrzeni z pozoru neutralnej: kurort, sezon, zabiegi, spacery, znajomi z korytarza. To nie Tatry Witkacego ani górski mit Staffa, tylko coś bliższego psychologicznemu laboratorium: pejzaż jest tu nie tyle tłem, co instrumentem do wydobywania fałszywych nut z bohaterów, zwłaszcza z tego, który boi się, że jego własna muzyka w nim zamilkła.
Najciekawsze jest to, że powieść nie szuka taniego dramatyzmu. Kryzys Amadeusza nie wybucha w formie spektakularnej katastrofy; raczej sączy się z drobnych gestów, z rozmów prowadzonych półżartem, z ostrożnego romansu czy fascynacji młodszą osobą, przez którą bohater usiłuje podpiąć się z powrotem do obiegu życiowych prądów. Promiński ma wyczucie dla półtonów – dla tego momentu, kiedy mężczyzna po czterdziestce nie chce jeszcze zrezygnować z roli „człowieka intensywnego”, ale zaczyna podejrzewać, że świat widzi w nim co najwyżej „dobrze zachowanego bywalca”. W tym sensie książka bliższa jest modernistycznym portretom duchowego znużenia niż klasycznej „powieści sanatoryjnej”, choć czytelnik pamiętający „Sanatorium pod Klepsydrą” niech się nie spodziewa onirycznej ekstrawagancji – tu wszystko jest bardzo przyziemne, aż boli.
Na tle polskiej prozy lat 60. „Sezon…” jawi się jako dyskretna, lecz osobna propozycja – bez wielkich tematów historycznych, bez socrealistycznych obowiązków, za to z konsekwentnym skupieniem na jednostkowym doświadczeniu wypalenia. Góry Jowiszowe są oczywiście nazwą z lekkim przekąsem: to ani realna geografia, ani fantazyjna planeta, raczej eleganckie zakamuflowanie faktu, że mowa o miejscu, gdzie ludzie jadą „nabierać sensu”, choć zwykle wracają z tylko staranniej upakowanym bagażem złudzeń. Powieść Promińskiego należy dziś do literatury trochę zapomnianej, ale dla kogoś, kto lubi śledzić, jak polska proza mierzyła się z nudą, lękiem przed starzeniem się i niepokojem twórcy, będzie to lektura zaskakująco żywa – i niepokojąco współczesna.