Dwadzieścia listów do przyjaciela
Autor: Swietłana Alliłujewa
Wydawnictwo: Came Publishing, 1996
Okładka: miekka
Stan: dobry/dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Dwadzieścia listów do przyjaciela” to jedna z tych książek, które czyta się nie tyle „o Stalinie”, ile raczej „mimo Stalina”. Swietłana Alliłujewa robi rzecz wyjątkowo rzadką w literaturze wspomnieniowej dzieci tyranów: nie próbuje ani składać patetycznych samokrytyk, ani pisać apoteozy ojca. Zamiast tego dostajemy próbę porządkowania własnej biografii w formie listów – gatunku z natury intymnego – co nadaje całej książce ton spowiedzi bez księdza i bez trybunału historii. Ten „przyjaciel” z tytułu to wygodna, ale skuteczna fikcja: czytelnik ma wrażenie, że słucha kogoś, kto wreszcie może mówić normalnym, ludzkim językiem po latach życia w języku propagandy.
Najciekawsze są tu drobiazgi: dzieciństwo na Kremlu opisane nie od strony decyzji politycznych, lecz od strony zabawek, spojrzeń dorosłych, wieczornych rozmów za zamkniętymi drzwiami; miłość nastolatki, która w państwie wszechwładzy trafia na jeszcze groźniejszą instytucję – ojca-dyktatora; atmosfera „opieki”, która coraz wyraźniej okazuje się dozorem. Alliłujewa nie jest wybitną stylistką w sensie literackich fajerwerków, ale ma coś lepszego: rzadką umiejętność nazywania niejednoznaczności. Potrafi w jednym akapicie opisać ojca jako człowieka ciepłego w gestach wobec dziecka i natychmiast pokazać cień, który ten sam człowiek rzuca na miliony. Kto szuka prostego potępienia albo łatwej psychologizacji tyrana, będzie rozczarowany; dostaje raczej świadectwo osoby, która całe życie uczy się oddzielać własną pamięć od monumentalnej legendy.
W szerszym pejzażu literatury radzieckiej i postradzieckiej ta książka stoi w osobliwym miejscu między Sołżenicynem a Chruszczowem: ani to literatura łagrów, ani polityczne rozliczenie, tylko osobisty pamiętnik kogoś, kto urodził się w samym epicentrum systemu, nie mając na to najmniejszego wpływu. „Listy” są też świadectwem dojrzewania – nie tylko autorki, ale i samej Rosji sowieckiej, która w tle tych wspomnień z wolna przechodzi od rewolucyjnego entuzjazmu do epoki strachu. Dziś książka ma dodatkową wartość: przypomina, że za każdym pomnikiem historii stoją czyjeś bardzo konkretne, niezręczne, czasem wstydliwe wspomnienia domowe. Alliłujewa nie obala mitu Stalina jak historyk, ale jak córka, która wreszcie przestaje się bać własnej pamięci.