Rzym
Wydawnictwo: Gruner+Jahr Polska, 2007
Okładka: miekka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Rzym. Przewodnik National Geographic” to przykład tego, jak instytucja obdarzona silną marką próbuje pogodzić dwie sprzeczne pokusy: z jednej strony rzetelną, niemal encyklopedyczną dokumentację miasta, z drugiej – wrażenie, że oto ktoś prowadzi nas za rękę po własnym, prywatnym Rzymie. W praktyce dostajemy przewodnik, który nie udaje eseju, ale też nie chce być jedynie katalogiem zabytków. Tekst – w polskim wydaniu sprawnie przełożony przez Barbarę Gadomską – miesza syntetyczne wprowadzenia historyczne z krótkimi, niemal reporterskimi „scenkami z życia” miasta, co sprawia, że Koloseum nie leży tu daleko od kawiarni na Zatybrzu, a forum cesarskie sąsiaduje z zupełnie współczesnym rytmem rzymskiej ulicy.
Najmocniejszą stroną serii National Geographic, której ta książka wiernie hołduje, jest ikonografia. Fotografie nie służą wyłącznie temu, by było „ładnie” – często dopowiadają to, czego nie ma ochoty rozwijać oszczędny tekst: fakturę kamienia, bałagan w bocznych uliczkach, napięcie między ruiną a codziennym mieszkaniem z praniem na sznurku. To przewodnik, który wizualnie preparuje Rzym jako miasto warstw – archeologicznych, urbanistycznych, społecznych – i robi to zgrabniej niż wielu konkurentów opierających się na samym słowie. Z kolei rozplanowanie tras i opisów zdradza zamiar, by czytelnik nie tylko „zaliczył” Koloseum i Watykan, ale dał się wciągnąć w boczne dzielnice, małe kościoły, mniej oczywiste punkty widokowe – bez heroicznego udawania, że turysta ma nieograniczony czas i kondycję.
Ograniczenia są tu równie czytelne jak zalety. To przewodnik z połowy pierwszej dekady XXI wieku: w warstwie praktycznej (adresy, lokale, niektóre instytucje) momentami będzie dziś bardziej dokumentem epoki niż narzędziem do planowania podróży, więc współczesny czytelnik powinien traktować te partie z lekką rezerwą i wspierać się aktualnymi źródłami. Natomiast jako „podkład kulturowo-topograficzny” pod podróż – albo jako wprowadzenie do miejskiej archeologii fotelowej – książka nadal się broni: nie infantylizuje czytelnika, nie rozdrabnia się na banały, a zarazem nie popada w akademicką napuszoną narrację. To dobry wybór dla kogoś, kto chciałby, by Rzym został mu przedstawiony kompetentnie, ale bez tonu wykładowcy z ambony – choć dla czytelnika rozsmakowanego w eseistyce miejskiej lektura ta będzie raczej solidnym prologiem niż lekturą docelową.