Uśmiech Demokryta
Autor: Ryszard Przybylski
Wydawnictwo: Sic!, 2009
Okładka: twarda
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Uśmiech Demokryta. Un presque rien” to właściwie nie autobiografia, tylko późna forma sumienia. Przybylski nie opowiada życia, lecz bada, jak pamięć sama sobie wymyśla kształt – jak z rozproszonych obrazów Wołynia, ikony matki, wojennych widm i powojennego Gdańska wyłania się coś w rodzaju osobistej mitologii. „Rok 1935”, „rok 1943”, „rok 1945” – te daty są tu bardziej kluczami do pamięci niż cezurami historii politycznej. Autor nie rekonstruiuje dzieciństwa ani młodości, tylko analizuje, jak te okresy do niego wracają: z jakimi obrazami, jaką emocją, jakim kłamstwem, bo Przybylski doskonale wie, że każde wspomnienie ma w sobie odrobinę literatury.
Tytułowy Demokryt jest tu patronem szczególnym: nie tyle filozofem atomów, ile mistrzem „uśmiechu”, pogodnego dystansu wobec Historii, która robi z człowiekiem, co chce. Powojenna formacja intelektualna autora – lektury, pierwsze zachwyty filozofią, mozolne budowanie własnego języka – splata się z traumą lat czterdziestych; Przybylski opowiada więc o sobie jako o kimś, kto musi wypracować narzędzia, żeby swoją biografię w ogóle znieść. Erudycja jest tu formą samoobrony: Demokryt, Mochnacki, ikona, klasyczne lektury – wszystko to tworzy rusztowanie, na którym zawiesza się osobiste doświadczenie przesiedlenia, strachu i nieustannego przystosowywania do nowych porządków.
Na tle polskiej eseistyki książka ta należy do tej rzadkiej odmiany, w której historia XX wieku nie jest ani „tłem”, ani „bohaterem zbiorowym”, lecz czymś bardziej niepokojącym: niewidoczną ręką korygującą sens własnego życia autora. To pisanie późne, oszczędne, wolne od popisów – każde zdanie jest rezultatem długiego myślenia, a nie dekoracją. Nominacja do Nike ma tu znaczenie symboliczne: doceniono nie tyle „ciekawą biografię”, ile przykład, jak pisać o sobie, nie popadając ani w kulturowy sentymentalizm Kresów, ani w akademicką bezosobowość. Przybylski proponuje formułę „prawie nic” – skromny zasięg gestu, jedno wspomnienie, jedna scena – po to, by powiedzieć rzeczy zasadnicze o losie człowieka wrzuconego w wiek XX. To książka krótka objętościowo, ale z tych, które nie kończą się na ostatniej stronie, tylko zaczynają się w głowie czytelnika z lekkim, bardzo demokrytejskim opóźnieniem.