Upadły Anioł
Autor: Mari Jungstedt
Wydawnictwo: Bellona, 2013
Okładka: twarda
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Upadły anioł” to jedna z tych skandynawskich powieści kryminalnych, które nie epatują krwią, lecz konsekwentnie podcinają czytelnikowi grunt pod nogami. Jungstedt bierze klasyczny schemat – morderstwo w pół-publicznej przestrzeni, śledztwo prowadzone przez policjanta z własnym bagażem emocjonalnym, dziennikarza w roli nieproszonego cienia – i zamiast budować fajerwerki suspensu, tworzy duszną, niemal prowincjonalną kronikę rozpadu relacji. Gotlandia nie jest tu turystyczną pocztówką, tylko sceną, na której wszyscy od dawna grają swoje role; śmierć Viktora Algarda tylko brutalnie przerywa dobrze utrwalony spektakl.
U Jungstedt trup jest przede wszystkim pretekstem do rozgrzebania tego, co prywatne, dawno zakopane i niewygodne. Wątek rodzicielstwa, zaniedbań emocjonalnych i konsekwencji wychowania w toksycznych domach wypiera typową dla kryminału pogoń za „genialnym sprawcą”. Interesuje ją bardziej to, jak długie cienie rzuca przeszłość – z czego wyrastają dorośli z wiecznie nieuleczonym dzieciństwem. Anders Knutas, choć formalnie jest tu gospodarzem śledztwa, bywa zepchnięty przez autorkę na równi z innymi; jego perspektywa tylko jedna z kilku, a nie królewska droga do prawdy. Pod tym względem powieść bliżej ma do psychodramy niż klasycznego proceduralu.
Styl Jungstedt jest funkcjonalny, pozbawiony ozdobników, ale z wyczuciem rytmu scen – krótkie rozdziały, częste cięcia między policją, dziennikarzem i świadkami tworzą wrażenie, że nie tyle „śledzimy akcję”, ile składajmy w całość popękaną mozaikę pamięci i win. „Upadły anioł” nie jest książką, która udaje wielką literaturę, ona raczej uczciwie pracuje w obrębie swojego gatunku: daje kryminał z czytelną intrygą, ale podszywa go wystarczającą dawką psychologicznego niesmaku, by po lekturze zostało coś więcej niż tylko nazwisko zabójcy. Jeśli ktoś szuka sensacji, może poczuć się rozczarowany; jeśli interesuje go, jak codzienne zaniedbania przeradzają się w katastrofę – trafił pod właściwy adres.