Calico Joe
Autor: John Grisham
Wydawnictwo: Albatros, 2013
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Calico Joe” to ta osobliwa książka Grishama, w której prawników niemal się nie uświadczy, za to pojawia się coś znacznie trudniejszego do osądzenia niż sprawa w sądzie – ojciec, który całe życie był moralnym bankrutem. Grisham bierze tu na warsztat baseball w wersji niemal sakralnej: stadion jako katedra, statystyki jako księgi liturgiczne, a pamiętne mecze jako prywatne święta pamięci. W tę mitologię amerykańskiego sportu wprowadza postać Joe Castle’a – cudu z prowincji, który mógłby się stać bohaterem wiecznym jak bohaterowie Rotha czy Updike’a, gdyby nie to, że jego legenda zostaje brutalnie przerwana jednym rzutem. Ten rzut należy do Warrena Traceya, miotacza o charakterze równie kruchym jak jego ego, a zarazem ojca narratora, Paula.
Najciekawsze w tej historii nie jest jednak samo „co się stało na boisku”, lecz to, co z tym wspomnieniem robi pamięć dziecka dorastającego w cieniu małego, prywatnego tyrana w domu. Grisham, zwykle tak sprawny w konstruowaniu intryg, tutaj rezygnuje z suspensu na rzecz powolnego, niemal rytualnego rozliczenia – syn postanawia po latach doprowadzić do konfrontacji umierającego ojca z kalekim bohaterem sprzed dziesięcioleci. Cały baseball okazuje się jedynie soczewką, w której skupiają się temat winy, tchórzostwa, spóźnionego żalu i możliwości (albo pozoru) przebaczenia. Między wierszami widać też pewien rozrachunek z narodowym mitem: oto sport, który miał być ucieleśnieniem fair play, staje się tłem dla małostkowości, zawiści i demolowania cudzego życia jednym gestem, po którym nikt nie ma odwagi powiedzieć „to była zemsta”.
Styl Grishama jest tu bardziej powściągliwy niż w jego thrillerach, momentami aż zaskakująco cichy – jakby autor świadomie rezygnował z fajerwerków, licząc na to, że ciężar historii uniesie się sam. Dla czytelnika nieobytego z baseballem powieść bywa egzotyczna w detalach, ale nie w emocjach; kibicowi natomiast podszyje pod skórę nieprzyjemne pytanie, czy jego własne sportowe mitologie nie są zbudowane na równie wątpliwych fundamentach. „Calico Joe” to książka drobna objętościowo, ale dobrze wymierzona: nie jest arcydziełem literackim, jednak jako przypowieść o tym, że najtrudniej jest „rzucić” pierwszy gest skruchy, wypada zaskakująco dojrzale jak na autora, który zwykle woli, gdy ostateczne słowo ma ława przysięgłych, a nie sumienie.