Vendredi ou la vie sauvage
Autor: Michel Tournier
Wydawnictwo: Gallimard, 1991
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Vendredi ou la vie sauvage” to ten rzadki przypadek, kiedy autor własną, gęstą filozoficzną powieść przerabia na wersję „dla młodzieży” i wychodzi mu… książka bardziej klarowna, a w pewnym sensie czystsza ideowo. Tournier bierze szkielet „Robinsona Crusoe” – samotny rozbitek, wyspa, konieczność zbudowania cywilizacji od zera – i traktuje go jak laboratorium dla pytania: co właściwie oznacza „żyć po europejsku”? Robinson na Speranzy początkowo zachowuje się jak samotny kolonizator: narzuca wyspie porządek, harmonogram, hierarchię, a kiedy pojawia się tytułowy Vendredi, instynktownie czyni z niego służącego. Wersja młodzieżowa nie epatuje metafizyką jak „Vendredi ou les limbes du Pacifique”, ale pozostawia wystarczająco dużo pęknięć, by czytelnik dostrzegł, że coś w tej misternie zbudowanej „cywilizacji w miniaturze” trzeszczy.
Najistotniejsza jest tu przemiana wektora: w klasycznej robinsonadzie Europejczyk „ucywilizowuje dzikusa”, u Tourniera – nawet w uproszczonej wersji – to Vendredi rozmontowuje system Robinsona, ucząc go bezużyteczności wielu nakazów, którymi ten żył do tej pory. Dyscyplina, własność, kontrola zostają ośmieszone przez radość, zabawę i spontaniczność; praca przestaje być celem, a staje się jedynie jednym z możliwych sposobów bycia na wyspie. To nie jest banalna apoteoza natury przeciw cywilizacji, tylko subtelne przesunięcie akcentów: Robinson odkrywa, że „życie dzikie” wcale nie znaczy prymitywne, lecz wolne od obsesji dominacji i katalogowania świata. Dlatego ta adaptacja tak dobrze znosi lekturę szkolną – pod pancerzem prostej przygodówki kryje się całkiem poważna korekta kolonialnej wyobraźni, podana w formie, którą dwunastolatek może strawić, a dorosły odczytać z lekkim rumieńcem.
Styl Tourniera w tej wersji jest wyraźnie odchudzony: mniej filozoficznego gąszczu, więcej obrazu i sytuacji. Paradoksalnie sprzyja to wymowie książki – symbolika (nazwa Speranza, relacja pan–sługa, „oswajanie” wyspy) nie wymaga komentarza, działa sama przez się. „Folio Junior” lubi teksty, które można czytać na dwóch poziomach; tu dostajemy podręcznikową robinsonadę do dyskusji o kolonializmie, inności i wolności, ale jednocześnie małą, kameralną opowieść o przyjaźni dwóch ludzi, z których każdy jest dla drugiego jedynym lustrem. Dla kogoś, kto zna wersję „les limbes du Pacifique”, lektura „la vie sauvage” jest ciekawym doświadczeniem porównawczym: można obserwować, jak ten sam mit zostaje „odfilozofowany”, nie tracąc przy tym swojej przewrotnej siły.