Ces Bateaux Qui Ont Découvert Le Monde
Autor: Jean-Benoît Héron
Wydawnictwo: Glénat, 2015
Okładka: miękka
Stan: bardzo dobry
Uwagi: brak
O książce
Jean-Benoît Héron, w tym albumie, zachowuje się trochę jak cierpliwy kustosz flotylli ludzkiej ciekawości. „Ces bateaux qui ont découvert le monde” to nie jest kolejny katalog wielkich wypraw, lecz raczej galeria portretów – tyle że zamiast admirałów i zdobywców na ścianach wiszą jednostki pływające. Santa Maria, Golden Hind, La Boussole, aż po współczesną Tarę – wszystkie traktowane są jak bohaterowie z własnym charakterem, temperamentem konstrukcyjnym i biografią naznaczoną sztormami, polityką i odrobiną szaleństwa ich załóg. Człowiek schodzi tu lekko w cień: to nie Magellan „gra główną rolę”, lecz okręt, który wytrzymał (albo nie wytrzymał) jego ambicji.
Siła tej książki tkwi w tym, że jest ona równie mocno o patrzeniu, co o wiedzy. Akwarele, rysunki tuszem, precyzyjne przekroje – widać, że powstały z maniakalnej wręcz potrzeby zrozumienia, jak te pływające machiny w ogóle były możliwe. Héron nie poprzestaje na „ładnych widoczkach” – jego ilustracje pełnią rolę komentarza technicznego; czytelnik dostaje intuicyjne wyczucie skali, rozmieszczenia takielunku, bryły kadłuba, a zarazem atmosfery: surowość drakkaru nie ma nic wspólnego z ciężką, nieco barokową dumą galionu czy praktyczną elegancją goelety. Tam, gdzie wiele książek popularnonaukowych zadowala się ikonografią z banku obrazków, tu widzimy spojrzenie jednego autora, z jego obsesją dokładności i słabością do detalu.
Dla czytelnika bardziej historycznego niż „modelarskiego” książka pozostaje wdzięcznym narzędziem porządkowania wyobraźni o dziejach odkryć geograficznych. Zestawienie Pytheasa i Fenicjan z Cookiem, Slocumem czy Heyerdahlem uświadamia, jak bardzo każdy przełom na mapie świata był najpierw eksperymentem na konstrukcji statku. Héron, bez nadęcia i bez akademickiej maniery, pokazuje to przez wybór jednostek: od łodzi niemal mitycznych po wyspecjalizowane platformy badawcze w rodzaju Tary. Mamy więc nie tyle „historię odkryć”, ile skróconą, pięknie narysowaną historię sposobu, w jaki człowiek ryzykował własną skórę, powierzając ją drewnu, płótnu i – z czasem – stali. Dla kogoś, kto lubi, gdy książka może równie dobrze leżeć na stoliku kawowym, jak i służyć do cichej, upartej nauki, jest to pozycja bardzo trafiona.