Galanterie française
Autor: Claude Habib
Wydawnictwo: Gallimard, 2006
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
Claude Habib bierze na warsztat pojęcie tak zużyte, że w języku codziennym brzmi niemal jak rekwizyt z operetki: „galanterię”. Zamiast jednak poprzestać na nostalgicznym tableau Francji w cylindrze i rękawiczkach, rekonstruuje całkiem poważny system obyczajowy – subtelny układ hierarchii, oczekiwań i przywilejów, który przez trzy stulecia regulował kontakty między kobietami a mężczyznami. W jej ujęciu galanteria to nie uprzejmy dodatek do „prawdziwej” historii, lecz jeden z dyskretnych mechanizmów władzy i zarazem forma łagodzenia tej władzy: mężczyzna zachowuje przewagę, ale ma obowiązek ją zmiękczać, kobieta bywa uprzedmiotowiona, ale jednocześnie obdarzana rolą arbitra smaku, wdzięku, konwersacji.
Siłą książki jest zakorzenienie w literaturze XVII i XVIII wieku: listy, romanse, moralistyczne traktaty i pamiętniki tworzą tu swoisty archiwum gestów, spojrzeń i półsłówek, z którego Habib wydobywa francuską obsesję na punkcie „sztuki relacji”. Autorka nie uprawia jednak muzealnictwa obyczajów – z dużą swobodą przenosi dawne modele w dzisiejsze spory o konsent, równość, emancypację. Zadaje niewygodne pytanie, czy radykalne wyrównanie płci nie grozi zubożeniem tej sztuki gry, jaką przez wieki była galanteria, a zarazem czy w imię uroku można godzić się na jej strukturalną nierówność. W tle wybrzmiewa też francuski mit wyjątkowości: czy „galanterie française” rzeczywiście jest fenomenem nieprzekładalnym, czy raczej jedną z wielu europejskich odmian dworskiej kurtuazji, którą Francuzi obdarzyli własnym, nieco megalomańskim podpisem?
Czyta się tę książkę jak długi, dobrze prowadzony salonowy dialog: styl Habib jest gęsty, ale nie akademicko duszny, erudycyjny, lecz pozbawiony profesorskiej tromtadracji. Jej gest jest przewrotny wobec części współczesnego feminizmu: broniąc pewnych elementów galanterii, nie tyle broni patriarchatu, co broni formy – przekonania, że relacje między płciami nie sprowadzają się do suchej umowy prawnej, lecz wymagają ceremoniału, w którym odpowiedzialność, przyjemność i siła są ujęte w ramy taktu. To książka, która równie mocno irytuje, co inspiruje, bo zmusza do przyznania, że nawet w epoce równości wciąż poruszamy się w cieniu dawnych kodów – tylko rzadziej zdajemy sobie sprawę, skąd się wzięły.