Zéro Faute
Autor: François de Closets
Wydawnictwo: Mille et une Nuits, 2009
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Zéro faute” to książka pisana z wyraźnym nerwem kogoś, kto całe życie obserwuje Francję przez pryzmat jej uzależnienia od ortografii. De Closets nie interesuje się drobiazgowym katalogiem błędów, ale mechanizmem społecznej obsesji: jak to się stało, że naród, który lubi uważać się za racjonalny i oświecony, gotów jest potykać się o jedno „s” lub brak akcentu niczym o poważną kompromitację moralną. Tytułowe „zéro faute” staje się tu kategorią klasową, narzędziem selekcji i dyscyplinowania – biletem wstępu do pewnych środowisk, a zarazem piętnem dla tych, którzy pisownię opanowali gorzej niż dobrze.
Najciekawsze partie książki to te, w których autor wyciąga na światło dzienne historyczną przypadkowość wielu „świętych” zasad i pokazuje, jak długo ortografia francuska była w gruncie rzeczy płynna, zanim zastygła w normatywny monument. De Closets prowadzi czytelnika przez dzieje ustalania reguł – od swobody pisarzy dawnych wieków, po późniejsze interwencje akademii, szkoły i administracji – i z uporem pokazuje, że to, co dziś uchodzi za „naturalny porządek”, jest sumą kompromisów, sporów i decyzji politycznych. Kiedy do tej genealogii dołącza diagnozę współczesności – szkołę, która przestała wypełniać dawną funkcję selekcyjną, młodzież piszącą na ekranach i język przyspieszony przez komunikację elektroniczną – całość zamienia się w rozrachunek z mitem, że surowa ortografia ratuje kulturę.
Jako eseista de Closets ma temperament publicysty: argumentuje jasno, często z lekką złośliwością pod adresem „strażników świątyni” pisowni, ale bez taniego ikonoklazmu. Nie chce francuskiego zamienić w fonetyczny zapis SMS-ów; raczej dowodzi, że przywiązanie do archaicznych form zaczyna przypominać kolekcjonerstwo dla kolekcjonerstwa – zajęcie elitarne, mało komu już potrzebne, za to skutecznie wykluczające. W tym sensie „Zéro faute” jest książką o czymś znacznie szerszym niż ortografia: o tym, jak naród projektuje swoje lęki i aspiracje na język, a zwłaszcza na jego formę pisaną. Dla kogoś przyzwyczajonego do polskich sporów o „bynajmniej” i przecinki będzie to lektura dziwnie znajoma – różni się alfabet, ale logika symbolicznej stawki pozostaje ta sama.