Wielościan
Autor: Jerzy Sosnowski
Wydawnictwo: W.A.B, 2001
Okładka: twarda
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Wielościan” to książka wyraźnie napisana z pozycji człowieka, który wie, że czterdziestka to nie tyle „kryzys wieku średniego”, ile nieprzyjemne odkrycie, że biografia przestaje być szkicem, a zaczyna być dokumentem. Jeż – bohater i półalter ego autora – miota się między wiarą i ironią, między katechizmem a telewizorem, między dawnymi lekturami a późną nowoczesnością, która wszystko rozprasza i relatywizuje. Sosnowski zamiast fabuły w klasycznym sensie proponuje konstrukcję pamiętnikowo‑eseistyczną: kolejne „ścianki” tytułowego wielościanu to epizody, dygresje, portrety postaci, z których każda jest jak krzywe zwierciadło dla własnej tożsamości narratora.
Najbardziej smakowity wymiar tej prozy to erudycyjny dryf: Maria Komornicka, Miciński, Ossowiecki, Dziekoński czy rozmaici ekscentrycy XX wieku nie pojawiają się tu jako figury z podręcznika historii literatury, lecz jako żywe duchy nawiedzające teraźniejszość. Sosnowski ma rzadką w polskiej prozie umiejętność łączenia prywatnego doświadczenia z „podziemnym nurtem” kultury wysokiej i religijnej, bez nabożności i bez łatwej demaskacji. To, co gdzie indziej zamieniłoby się w suchą gawędę historycznoliteracką, u niego staje się polem osobistej walki o sens, o możliwość mówienia poważnie o wierze i duchowości po epoce masowych mediów i po kompromitacjach wielkich idei. Jeśli ktoś szuka w prozie „akcji”, będzie się nudził; jeśli szuka rozmowy z kimś, kto pamięta, że Kościół to nie tylko instytucja, a kultura to coś więcej niż oferta programowa, dostanie lekturę wyjątkowo gęstą.
Nagroda Kościelskich nie wzięła się tu z grzeczności: „Wielościan” jest jedną z tych książek, które zamykają pewien etap polskiej prozy inteligenckiej – tej wychowanej na Miłoszu i Tischnerze, a wrzuconej w medialny karnawał lat dziewięćdziesiątych – i jednocześnie próbują go przekształcić. Styl Sosnowskiego bywa zaskakująco klarowny jak na skalę odniesień, a jednocześnie podszyty autoironią, dzięki czemu patos rzadko zamienia się w zadęcie. To lektura dla czytelnika cierpliwego, który lubi, gdy opowieść zamiast prowadzić go za rękę, rozkłada przed nim konstrukcję jak bryłę geometryczną: można obejść ją z każdej strony, ale nikt nie obiecuje prostego, jednoznacznego widoku.