Stwory z Głębi
Autor: Murray Leinster
Wydawnictwo: Stalker Books, 2021
Okładka: miekka
Stan: bardzo dobry
Uwagi: brak
O książce
„Stwory z Głębi” to ten rodzaj staroświeckiej science fiction, która pachnie smarem z maszynowni, solą morską i wiarą w to, że dobrze skalibrowany sonar jest równie ważny jak odwaga kapitana. Leinster — stary wyjadacz pulpowej SF — zamiast latać po galaktykach, schodzi tu pod powierzchnię Pacyfiku. Zamiast galaktycznych imperiów mamy filipińskie wybrzeża, lokalnych rybaków i amerykańskiego inżyniera, który bardziej przypomina praktycznego fachowca z warsztatu niż „wybrańca losu”. To już nie ta dzisiejsza, katastroficzna oceaniczna fantastyka, gdzie morze jest abstrakcyjną otchłanią; tu wciąż jest akwenem dającym chleb, w którym nagle pojawia się coś, co ten porządek zaburza.
Leinster konstruuje opowieść jak inżynier: zaczyna od urządzeń, procedur, technicznych niuansów, i dopiero potem do tego chłodnego szkieletu dopina element „cudowny” – Obcych w Rowie Luzon. Z perspektywy dzisiejszego czytelnika widać, jak bardzo jest to SF epoki zimnej wojny: obecność US Navy, dyskretna rywalizacja mocarstw, przekonanie, że każde „nieznane” z miejsca staje się problemem strategicznym. Ale obok tego militarnego sztafażu mamy ciekawy, choć prosty w rysunku, obraz zderzenia lokalnej społeczności z techniką: wynalazek Holta rodzi zazdrość, konflikty, uruchamia małą ekonomię i małą politykę – dokładnie to, co fantastyka rzadko pokazuje, bo zwykle pędzi od odkrycia prosto do „ratowania świata”.
Największą przyjemność w tej książce daje jednak obserwowanie, jak stara szkoła SF obchodzi się z „obcością”. Nie ma tu mrocznej, lovecraftowskiej grozy z głębin; Obcy są czymś, co trzeba przede wszystkim zrozumieć, zmierzyć, opisać – i dopiero potem ewentualnie się ich bać. Nauka i technika nie są dekoracją fabuły, lecz narzędziem etycznym: dzięki nim można uniknąć niepotrzebnej przemocy. W serii „Klasycy Amerykańskiej SF” ta pozycja działa trochę jak próbka z epoki, w której wystarczały sonar, okręt i garść rozsądku, by zbudować pełnoprawną przygodę. Dziś „Stwory z Głębi” czyta się bardziej jako dokument wyobraźni lat 50./60. niż „nową” historię o Obcych — ale jest to dokument zaskakująco żywy, jeśli kogoś nadal bawi, że przygodę można zacząć od... projektu ulepszonego wiosła.