Endgame
Autor: Samuel Beckett
Wydawnictwo: Grove Press, New York, 1958
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: otarcia okładki
O książce
„Endgame” to Beckett po *Godocie*, ale jakby po operacji na zimno. Wszystko, co w „Czekając na Godota” było jeszcze odrobinę rozedrgane, tutaj zostaje zredukowane do surowej geometrii: cztery postaci, jedno wnętrze, dwa okna, dwa kubły, ruch ograniczony do minimum, czas już nie „mija”, tylko się rozpada. Beckett konstruuje coś na kształt partii szachów, w której wszystkie figury są już właściwie martwe, ale reguły gry wciąż obowiązują, więc trzeba przesuwać je po planszy – bez wiary, że cokolwiek z tego wyniknie. „Końcówka” w tytule nie jest metaforą, tylko diagnozą stanu świata: wszystko, co istotne, już się wydarzyło, teraz pozostała tylko resztka ruchów, których nikt nie ma odwagi przerwać.
Hamm i Clov tworzą parę tak toksycznie współzależną, że trudno powiedzieć, gdzie kończy się okrucieństwo, a zaczyna rozpaczliwa potrzeba bycia z kimkolwiek. Nagg i Nell, zamknięci w kubłach jak w groteskowych grobowcach, są jak wspomnienie dawnej mieszczańskiej czułości, które w tym świecie wybrzmiewa jak obcy język. Beckett drwi tu równie konsekwentnie z sentymentalizmu, jak i z taniego pesymizmu: dialogi są krystalicznie precyzyjne, a przy tym podszyte komizmem tak suchym, że śmiech grzęźnie w gardle. Wszystkie „wielkie tematy” – koniec świata, Bóg, sens działania – pojawiają się niby mimochodem, w krótkich wymianach, które brzmią jak odpadki po filozofii, pozbawione już systemów, ale wciąż bolesne.
W historii teatru „Endgame” bywa traktowane jako egzamin dojrzałości z Becketta: jeśli „Godota” można jeszcze czytać jako dziwną, ale jednak „fabularną” sztukę o czekaniu, tutaj zostaje tylko nagi mechanizm istnienia – powtarzanie, rozpady, resztki rytuału. Grove Pressowskie wydanie angielskie, przekład własny autora, ma szczególną wagę: widać, jak Beckett ucina, wygładza, wyrzuca wszystko, co mogłoby zostać odczytane zbyt „ładnie”. To dramat, który nie tyle „opowiada o końcu”, ile pokazuje, jak wygląda język, gdy kończy się świat, ale przyzwoitość – albo przyzwyczajenie – każe jeszcze mówić. Literatura rzadko bywa aż tak bezlitosna w demontażu nadziei, a jednocześnie tak rygorystyczna formalnie.