Strażnicy
Autor: Alan Moore, Dave Gibbons
Wydawnictwo: Egmont, 2018
Okładka: twarda
Stan: dobry plus/bardzo dobry
Uwagi: brak
O książce
„Strażnicy” w tym egmontowskim, twardookładkowym wydaniu to już nie tyle komiks, ile obiekt – coś pomiędzy powieścią graficzną a współczesnym inkunabułem popkultury. Moore i Gibbons biorą kostium superbohaterski jak zużyty mundur – oglądają go od wewnątrz, w szwach, w plamach potu, a potem zakładają go jeszcze raz, tym razem bez grama złudzeń. Lata 80., atomowy lęk, Nixon wciąż w Białym Domu – to nie scenografia, lecz duszna atmosfera, w której każda maska zsuwa się szybciej niż w klasycznym komiksie zdąży paść pierwsze „na pomoc!”. Moore nie pyta, „kim jest bohater?”, tylko „co się dzieje z państwem, społeczeństwem i ludzką psychiką, gdy damy realną władzę ludziom w pelerynach?”.
W tym konkretnym wydaniu najważniejsze jest, że komiks można wreszcie czytać tak, jak został zaprojektowany: plansze Gibbonsa, z ich obsesyjną symetrią, rytmem dziewięciu kadrów i gęstością szczegółu, nie giną pod lichym drukiem. Format Egmontu pozwala dostrzec, że „Strażnicy” są skomponowani bardziej jak partytura niż jak typowy zeszyt – powracające motywy graficzne, przemyślane przejścia między scenami, zgranie koloru Higginsa z nastrojem poszczególnych sekwencji. Dodatkowe materiały diegetyczne – wycinki prasowe, fragmenty książek, raporty – w takiej objętości tworzą drugi, „papierowy” poziom świata, czyniąc z albumu coś w rodzaju archiwum alternatywnej historii. To nie bonusy, tylko integralne narzędzie lektury.
Polskie tłumaczenie Drewnowskiego, zważywszy na skalę zadania, broni się zaskakująco dobrze. Rorschach brzmi chropawo, bez taniuchnych „odjazdów”, Komediant nie traci cynizmu, a Ozymandiasz nie popada w karykaturę pseudofilozofa. Trudno przełożyć komiks, który jest jednocześnie dekonstrukcją gatunku, politycznym pamfletem i studium charakterów – tutaj czuć, że przekład stara się zachować różne rejestry języka postaci, zamiast je uśredniać. W efekcie dostajemy tom, który można spokojnie postawić między „Mausa” a „Sandmanem” – nie tylko dlatego, że tak wypada, ale dlatego, że jako całość (treść, forma, edycja) naprawdę znosi porównanie z literaturą „poważną”, nie prosząc przy tym o taryfę ulgową dla komiksu.