Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
EAN: 9788388807428
Wysyłka od: 15.00 PLN

Archipelag Wysp Pingwinich
Autor: Ingmar Villqist

Wydawnictwo: Sic!, 2004
Okładka: twarda 
Stan: bardzo dobry

Uwagi: brak

O książce

„Archipelag Wysp Pingwinich” wygląda jak rozrywka z pogranicza fantastyki i groteski, ale czyta się to raczej jak złośliwy raport z pola bitwy między sztuką a władzą. Villqist, który wychował się dramatem, w prozie zachowuje teatralny nerw: tworzy fikcyjne państwo, gdzie kultura dogorywa, a jej ostatnią linią obrony staje się… zmilitaryzowana artystyczna awangarda. 1. Kunst Armia, uzbrojona w blejtramy i pędzle, brzmi jak żart, dopóki nie zorientujemy się, że w tej grotesce chodzi o śmiertelnie poważne pytanie: co zostaje po społeczeństwie, gdy spłonie biblioteka i muzeum? U niego nie jest to metafora – biblioteka i Muzeum Narodowe po prostu idą z dymem, jakby ktoś postanowił inscenizować „Fahrenheit 451” w dekoracjach z Witkacego.

Postać młodego nauczyciela rysunku, przygotowującego patriotyczne „Zwycięskie Orły”, jest tu znacząca: to nie wielki artysta, nie natchniony geniusz, tylko ktoś z czwartego rzędu, z prowincjonalnej sceny edukacji. Właśnie jemu przypada rola uczestnika „świętej wojny o sztukę” – i zarazem świadka jej klęski. Villqist bawi się konwencją patosu: inscenizacja patriotyczna zamienia się w katastrofę, armia artystów maszeruje jak karykatura wojska, a jednak na dnie tej parodii pobrzmiewa całkiem serio pytanie o to, czy sztuka ma jakąkolwiek siłę sprawczą poza symbolicznym gestem oporu. W tym sensie tytułowy Archipelag jest nie tyle geograficzną zagadką, ile figurą ostatniego azylu – mentalnej emigracji, dokąd uciekają ci, którzy nie godzą się na świat po likwidacji kultury.

Stylistycznie książka staje się naturalnym ogniwem między dramatami Villqista a tradycją polskiej prozy groteskowej – nazwiska Witkacego czy Gombrowicza nie są tu kokieteryjnym przypisem, tylko realnym punktem odniesienia. Autor korzysta z ich narzędzi: absurd, przerysowanie, „odklejona” logika państwa totalnego, ale stosuje je w scenerii, która dziwnie przypomina nasze współczesne lęki o deprecjację sztuki do roli dekoracji. Narracja „Archipelagu…” wydaje się zaprojektowana jak teatr okrucieństwa w wersji dla czytelnika: śmiejemy się z armii z pędzlami, po czym orientujemy się, że to jedyni, którzy w ogóle próbują bronić czegokolwiek. To debiut powieściowy człowieka, który myśli w kategoriach scen, aktów i kulis – dlatego powieść czyta się jak dziwny, rozrastający się dramat z didaskaliami dopisanymi już przez prozaika, który dobrze wie, że śmiech bywa tylko bardziej elegancką formą rozpaczy.

Polecamy