Doktor Przybram
Autor: Bruno Winawer
Wydawnictwo: Garamond, 1996
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: format kieszonkowy
O książce
„Doktor Przybram” to jedna z tych powieści, które dziś czyta się nieco jak dokument zaginionej cywilizacji: świata, w którym słowo „uczony” brzmiało jeszcze bardziej jak powołanie niż jak zawód. Winawer, fizyk z wykształcenia i felietonista z temperamentu, obsadza tu samego siebie w roli błazna nauki – człowieka przekonanego, że idea jest z natury wygrywająca, jeśli tylko doprowadzić ją do końca. Tytułowy Przybram jest więc figurą „czystego umysłu”, który rozbija się o bardzo konkretne dekoracje: biurokrację, interes, kapitał, a także zwykły ludzki oportunizm. Humor nie jest tu dodatkiem, lecz narzędziem analizy; diabelnie sprawnym zresztą, bo Winawer w dialogu bywa chwilami tak precyzyjny jak Lem w najlepszych „Dziennikach gwiazdowych”, tylko że osadzony w realiach polskiej mieszczańsko–inteligenckiej mikroatmosfery lat międzywojennych.
Wbrew łatwym etykietkom „fantastyki naukowej” nie o technikę tu chodzi, lecz o eksperyment społeczny – świat wokół doktora traktowany jest niemal jak źle skalibrowane laboratorium. Winawer wykorzystuje schemat „wynalazca kontra reszta ludzkości”, ale odmawia czytelnikowi komfortu prostego podziału na złych kapitalistów i dobrego uczonego–męczennika. Przybram jest komiczny nie tylko dlatego, że otoczenie go nie rozumie, lecz także dlatego, że sam nie rozumie reguł gry, w której uczestniczy – i z zadziwiającym uporem odmawia ich przyjęcia do wiadomości. W efekcie powieść rozsadza ramy lekkiej satyry, stając się raczej diagnozą pewnego typu inteligenta: rozdartego między naukowym idealizmem a kompletną ślepotą na mechanizmy świata, z którego pieniędzy pragnie jednak finansować swoje odkrycia.
Warto zauważyć, jak zręcznie Winawer korzysta z języka: kalambury, paradoksy, lekkie przesunięcia znaczeń służą tu jako drobne doświadczenia myślowe, w których podmiotem badań jest polska nowoczesność – jej kompleksy wobec „prawdziwej” nauki Zachodu i prowizoryczność lokalnych struktur gospodarczych. W tym sensie „Doktor Przybram” stanowi ciekawy pomost między dziewiętnastowieczną powieścią obyczajowo–ideową a późniejszą, znacznie chłodniejszą ironią Lema czy Mrożka: nauka jest jeszcze mitem zbawczym, ale autor już bardzo dobrze widzi, jak łatwo przekształca się on w farsę. To książka nieduża objętościowo, ale gęsta od obserwacji; po lekturze ma się wrażenie, że Winawer z chirurgiczną precyzją wypreparował z polskiego pejzażu postać uczonego–marzyciela i pokazał ją pod szkłem powiększającym – bez litości, ale też bez okrucieństwa, z rodzajem czułej ironii, jaką ma się dla kogoś, kto wprawdzie błądzi, ale błądzi w dobrej wierze.