Tajemnice Inczhon
Autor: Eugene Franklin Clark
Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2006
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Tajemnice Inczhon” to książka, którą można by bez przesady postawić obok klasycznych dzienników działań specjalnych – z tą różnicą, że Clark nie ma temperamentu wielkiego pamiętnikarza, lecz porządnego oficer-nawigatora. Cały urok tej relacji polega właśnie na tym: autor opisuje jedną, krótką misję, ale widzimy ją w powiększeniu, jakby przez lunetę artyleryjską. Każdy przypływ, każda mielizna, każde światło na horyzoncie nabiera strategicznego znaczenia. Clark nie tyle „opowiada wojnę”, ile rozkłada na czynniki pierwsze logistyczno-topograficzną układankę, od której zależy powodzenie spektakularnego desantu MacArthura.
Najciekawsze jest tu przesunięcie perspektywy: legendarny desant pod Inczhon, zwykle opisywany z poziomu sztabowych map i wielkich decyzji, zostaje sprowadzony do kilku ludzi na obcej wyspie, improwizujących między rozkazami a zdrowym rozsądkiem. Clark ma wyraźny szacunek dla swoich koreańskich współpracowników i miejscowej ludności, ale patrzy na nich okiem amerykańskiego oficera z początku lat 50. – co samo w sobie stanowi cenny dokument mentalności epoki. Jego narracja jest sucha, rzeczowa, pozbawiona literackich ozdobników, za to przeładowana detalem operacyjnym: dokładnymi opisami nocnych patroli, przerzutów łodzi, ustawienia ognia, pracy wywiadu w warunkach, w których błąd mierzy się nie w punktach procentowych, lecz w trupach.
Z punktu widzenia literatury wojennej „Tajemnice Inczhon” to książka dość osobliwa: nie mamy tu wielkiej panoramy wojny koreańskiej, lecz mikromonografię jednego epizodu, napisaną z pamięci oficera, a dopiero potem opatrzoną historycznym komentarzem. Dla czytelnika zainteresowanego strategią i techniką operacji desantowych to lektura niemal wzorcowa – czyta się ją jak połączenie raportu bojowego z powieścią przygodową. Dla kogoś szukającego głębszej refleksji moralnej nad wojną może wydać się zbyt chłodna i zadaniowa, choć między wierszami widać i zmęczenie, i świadomość, że cały „geniusz” MacArthura wisiał na kilku ludziach, którzy po prostu mieli nie zginąć, zanim skończy się przypływ. W tym sensie to drobny, ale bardzo gęsty fragment większej opowieści o tym, jak naprawdę wyglądają „śmiałe operacje” z wojskowych podręczników.