Pieczęć
Autor: Anna Koronowicz
Wydawnictwo: Ares 2, 2003
Okładka: miekka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Pieczęć” to przykład tego, co polska fantastyka lubiła robić na początku wieku: brać dość klasyczne motywy – magia kontra technologia, Ziemia alternatywna, wielkie szkoły mocy – i traktować je jak laboratorium dla emocji, nie dla encyklopedycznej „worldbuildingowej” pedanterii. Koronowicz konstruuje świat tylko na tyle, na ile jest to potrzebne, żeby wybrzmiała sytuacja absolutnie niekomfortowa: kobieta staje się żywym naczyniem przymierza, znaku, który należał do instytucji znacznie starszych i potężniejszych od niej. Zamiast klasycznej opowieści o wybrańcu mamy raczej historię kogoś, komu wbrew woli wszczepiono rolę kluczowego elementu wielkiej wojny – i kto musi nauczyć się żyć z faktem, że jest jednocześnie „relikwią” i zwierzyną łowną.
Najciekawszy jest tu sam rozkład sił: Ameryka jako kraina jawnie praktykowanej magii, Europa jako twierdza technologicznego zakazu, gdzie czary ściga się jak herezję. Ten prosty podział – geopolityka przeniesiona w sferę magii – daje Koronowicz pretekst, by zastanowić się nad tym, co robi się z tym, co niepasujące do obowiązującej doktryny: czy to magicznej, czy technokratycznej. W tle pobrzmiewa coś w rodzaju sporu o naturę władzy: szkoły magii przypominają zakony, uczelnie i mafie naraz, technokratyczna Europa – zbiurokratyzowaną utopię kontroli, która lęka się wszystkiego, czego nie potrafi zmierzyć. Autorka bardziej niż polityką interesuje się jednak dylematem jednostki: co zrobić, gdy własne ciało staje się polem cudzej wojny, a „dar” jest de facto wyrokiem?
Styl jest oszczędny, miejscami wręcz szkicowy, co przy tak ambitnym pomyśle bywa bronią obosieczną. Z jednej strony dynamika fabuły i skupienie na przeżyciach bohaterki nadają książce tempo – to bardziej intensywna nowela rozciągnięta do rozmiarów krótkiej powieści niż tom budujący wielotomową sagę. Z drugiej, świat aż prosi się o rozwinięcie: wiele wątków zostaje porzuconych, jakby autorka planowała cykl, po czym odłożyła pióro w połowie drogi. To daje osobliwe wrażenie – „Pieczęć” czyta się jak pierwszy, nieco zbyt krótki sezon interesującego serialu, który nagle przestano kręcić. Dla jednych będzie to irytujące, dla innych – kuszące: to jedna z tych książek, po których czytelnik ma ochotę dopisywać własne ciągi dalsze, bo w samej konstrukcji świata i konfliktu jest więcej potencjału, niż zmieściło się na 154 stronach.