Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
EAN: 9788375101133
Wysyłka od: 15.00 PLN

Igrzyska w Berlinie
Autor: Guy Walters

Wydawnictwo: Rebis, 2008
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry plus

Uwagi: nieznaczne zagięcia obwoluty

O książce

Guy Walters bierze na warsztat igrzyska berlińskie nie jako „moment chwały Jessiego Owensa”, lecz jako zimno skalkulowaną operację propagandową – coś pomiędzy wystawną maskaradą a próbą generalną totalitarnego państwa przed wielką wojną. To książka o tym, jak idea nowożytnych igrzysk – naiwnie humanistyczna, ufna w edukacyjną moc sportu – pozwoliła się bez większego oporu zaprząc do nazistowskiej machiny. Walters z uporem rozbija pocieszny mit, że to sportowcy, bieżnia i rekordy „upokorzyły Hitlera”. Pokazuje raczej bilans: z punktu widzenia III Rzeszy igrzyska były politycznym sukcesem, a moralny sprzeciw świata – w dużej mierze papierowy.

Szczególną zaletą tej książki jest sposób, w jaki autor splata trzy poziomy narracji: wielką politykę (kulisy decyzji MKOl, rozgrywki dyplomatyczne, tchórzostwo i oportunizm zachodnich demokracji), machinę organizacyjną Rzeszy (Goebbelsowskie reżyserowanie wizerunku, czyszczenie ulic z „niepożądanych elementów”, fasadowe gesty wobec Żydów) oraz losy jednostek. Jesse Owens, Helene Mayer czy Seelenbinder nie są tu pomnikami, lecz ludźmi miotanymi pomiędzy własnym talentem, ambicją i cyniczną grą państw. Walters ma dobry zmysł sceniczny – potrafi z jednego epizodu uczynić soczewkę epoki – ale nie popada przy tym w kostiumowy melodramat. Jest wyraźnie po stronie ofiar, a jednocześnie bezlitośnie punktuje tych, którzy wolą dziś pamiętać o „pięknie sportu”, zamiast o tym, kto i w jakim celu płacił za dekoracje.

Od strony warsztatowej to przykład rzetelnej, ale „niespiżowej” historii: bez nabożnego tonu, za to z cierpliwym śledzeniem tropów, rozmachem dokumentacyjnym i odrobiną chłodnej ironii, gdy pisze o ślepej wierze w apolityczność igrzysk. Walters wypada przekonująco zwłaszcza tam, gdzie rozmontowuje legendy – choćby wokół rzekomych heroicznych gestów MKOl – pokazując całkiem przyziemny splot interesów, próżności i zwykłego strachu. To lektura, po której trudno jeszcze raz z entuzjazmem oglądać archiwalne kroniki z Berlina 1936 roku: zbyt dobrze widać wtedy, że za sugestywnymi obrazami stadionu kryje się nie tyle „święto sportu”, ile perfekcyjnie wyreżyserowana iluzja, której świat bardzo chciał wówczas ulec.

Polecamy