333 popkultowe rzeczy PRL
Autor: Bartek Koziczyński
Wydawnictwo: Vesper, 2025
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„333 popkultowe rzeczy… PRL” to coś w rodzaju encyklopedii rzeczy, które – gdyby socjalizm miał własny pchli targ – leżałyby tam w pierwszej linii: od gumy „Donald” po „Załogę G.”. Koziczyński nie udaje naukowca: przyjmuje formę leksykonu, ale pisze jak ktoś, kto sam stał w kolejkach, oglądał „Pana Samochodzika” w jedynym możliwym paśmie i wie, jak pachniały nowe buty Relaks. Hasła układa alfabetycznie, lecz czyta się je raczej jak swobodny spacer po pamięci zbiorowej niż „słownik pojęć z zakresu kultury PRL”. To katalog przedmiotów i zjawisk, które okazały się trwalsze niż system, który je wyprodukował.
Najciekawsze jest to, jak autor balansuje między dokumentem a prywatną mitologią. Faktografia – daty emisji, nazwiska twórców, kontekst powstania seriali czy zabawek – miesza się z anegdotą i lekką ironią, przez co książka nie zamienia się w akademicki wykład o „kulturze popularnej w warunkach realnego socjalizmu”, ale też nie schodzi na poziom bezrefleksyjnego „a pamiętacie, jak…”. Koziczyński pokazuje, że kultowe komiksy, programy dla dzieci czy kultowe „klątwy” polskiej kinematografii są dziś czymś więcej niż śmieszną ciekawostką – pełnią rolę kapsuł czasu, w których zakonserwowały się lęki, marzenia i drobne eskapizmy społeczeństwa zamkniętego w dość szczelnej klatce politycznej.
Nowe, poszerzone wydanie po latach ma dodatkowy smaczek: czyta się je już nie tylko jako przewodnik po PRL, ale też po naszej współczesnej nostalgii. Rzeczy, które dla pokolenia wychowanego na kartkach i jednym kanale TV były codziennością, dla młodszych stają się egzotyką – jak artefakty z kraju, który istniał gdzieś pomiędzy czarno-białym telewizorem a kolorową okładką z Donaldem. W tym sensie książka Koziczyńskiego spełnia podwójną rolę: dla jednych jest intymnym albumem rodzinnych wspomnień, dla innych – podręcznym atlasem pewnej mentalności, w której guma balonowa, milicyjny komiks i sobotni seans w telewizji potrafiły znaczyć dużo więcej, niż dziś znaczy dowolna aplikacja w smartfonie.