Życie
Autor: bł. Henryk Suzo
Wydawnictwo: W drodze, 1990
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Życie” Henryka Suzo to jedna z tych książek, które czyta się jak spowiedź średniowiecza przed nowoczesnością. Niby klasyczna „vita” – zakonnik, asceza, wizje, łzy i ekstazy – a jednak Suzo ma w sobie coś z autokomentatora własnej duszy, który chętnie odsłania mechanikę mistycznego doświadczenia. Ta autobiografia duchowa jest zarazem precyzyjnym dziennikiem doznań i literacko skomponowanym „auto-hagiograficznym” projektem: autor nie tylko opowiada, co przeżył, lecz subtelnie podpowiada, jak chciałby być czytany i pamiętany. Na tle innych mistyków nadreńskich – potężnego intelektualnie Eckharta czy wyważonego Taulera – Suzo wypada bardziej „barokowo”, choć żyje przed barokiem: lubi obraz, przerysowanie cierpienia, emocjonalną amplitudę.
Istotą tej księgi nie jest jednak kolekcja cudowności, ale forma: pisane po łacinie „Vita” jest autointerpretacją całej drogi duchowej, od gorączkowej ascezy ciała po coraz subtelniejsze oczyszczenia wewnętrzne. Widzimy, jak średniowieczny mistyk sam siebie wychowuje: najpierw zachwycony radykalizmem umartwień, potem stopniowo odkrywa ich niebezpieczeństwo i jednostronność. Cierpienie u Suzo nie jest więc tanim ornamentem pobożności, lecz laboratorium, w którym sprawdza się granice wytrzymałości psychiki i sensu religii. Raz po raz przebija tu wpływ Eckharta: Bóg jako bezdenna otchłań, wezwanie do „wyniszczenia siebie” – ale filtrowane przez temperament człowieka bardziej uczuciowego niż spekulatywnego. „Życie” pokazuje, jak mistyka nadreńska schodzi z katedry spekulacji do izby serca, przechodząc w formę, którą później rozwiną karmelici.
Polskie wydanie w tłumaczeniu o. Wiesława Szymony ma tę zaletę, że nie wygładza stylu na współczesną „duchowość poradnikową”. Tekst zachowuje pewną ciężkość, chwilami szorstkość – co dobrze oddaje średniowieczny sposób mówienia o Bogu bez zmiękczających eufemizmów. „Życie” nie jest lekturą dla kogoś, kto szuka gładkich aforyzmów na kalendarz, raczej dla czytelnika ciekawskiego, jak naprawdę wyglądała mistyka od środka: z jej neurotycznymi tonami, intensywnością uczuć, ale też zadziwiająco trzeźwym rozeznaniem. Jako dokument epoki – stoi obok „Księgi o Boskiej pociesze” czy pism Taulera; jako lektura osobista – potrafi być bolesna, czasem przesadna, ale właśnie dzięki temu wytrąca z duchowej letniości, w którą tak chętnie zapada współczesna religijność.