Baśnie afrykańskie
Wydawnictwo: Sara, 2003
Okładka: twarda
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„Baśnie afrykańskie” w opracowaniu Pawła Głodka należą do tego typu książek, które z pełnym wdziękiem nadrabiają to, czego nie są w stanie zaoferować grube tomiszcza akademickich opracowań: mają być przede wszystkim do czytania, nie do cytowania. To siedemdziesiąt stron „wyłuskanych” z ogromnego, różnorodnego kontynentu i wsadzonych w polską, solidną twardą oprawę serii „Bajki i legendy świata”. Sam wybór formuły – baśnie dla dzieci – jest tu znamienny: Afryka nie pojawia się jako egzotyczny problem geopolityczny, ale jako przestrzeń opowieści, w której mówią zwierzęta, błąkają się duchy, a magia jest czymś tak oczywistym jak deszcz pory monsunowej.
Głodek pełni tu podwójną rolę: adaptatora i ilustratora, a więc kogoś, kto nie tylko przekłada baśnie na język młodego czytelnika, lecz także decyduje o tym, jak ta Afryka „wygląda” w wyobraźni dziecka wychowanego na europejskich baśniach. To ważniejsze, niż się wydaje – ilustracje w takich książkach są pierwszym atlasem kulturowym: kształt masek, stroje, ornamenty, sposób rysowania zwierząt mówią więcej o intencji wydania niż niejedna przedmowa. Opracowanie tego typu z konieczności ujednolica niezwykle różne tradycje – od zachodnioafrykańskich opowieści tricksterskich, po wątki bardziej mityczne – i zamienia je w płynną, przystępną narrację o świecie, w którym każde wydarzenie ma sens moralny i symboliczny.
Na tle innych serii „bajek świata” książka ta ma tę zaletę, że nie próbuje być ani zbyt „poprawna” etnograficznie, ani zbyt uwspółcześniona. To raczej klasyczna antologia do głośnego czytania: nadaje się idealnie na wieczorne opowieści, w których rodzic może dopowiedzieć, co to jest sawanna, dlaczego lew jest królem zwierząt i skąd w afrykańskich historiach tyle sprytnych zajęcy i żółwi. Jako wprowadzenie do afrykańskiego folkloru jest to oczywiście punkt startu, nie punkt dojścia – ale bardzo przyzwoity start: dziecko otrzymuje w pakiecie inną logikę świata niż ta znana z Grimmów czy Andersena, a dorosły ma rzadką okazję, by zobaczyć, jak ten „inny” imaginarium może stać się dla młodego czytelnika czymś zupełnie swojskim.