Miłość moim powołaniem
Autor: Jean Lafrance
Wydawnictwo: Edycja Świętego Pawła, 2016
Okładka: miekka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
Lafrance, pisząc o Teresie z Lisieux, nie próbuje być ani hagiografem na kolanach, ani krytykiem na dystans. Zachowuje się raczej jak kierownik duchowy, który bierze „Dzieje duszy” na warsztat i pokazuje, że ta słynna „mała droga” wcale nie jest infantylnym skróceniem chrześcijaństwa, lecz radykalnym jego streszczeniem. Tytułowe zdanie Teresy – „Moim powołaniem jest miłość” – służy mu za klucz hermeneutyczny: wszystko, co w jej życiu kruche, nerwowe, emocjonalne, zostaje prześwietlone przez odkrycie, że centrum nie jest heroizm ascetyczny, ale zgoda na to, by być kochaną i przenikniętą miłosierdziem. Lafrance pozwala czytelnikowi wejść w logikę tej drogi od doświadczenia własnej małości aż po ofiarowanie siebie jako „małej hostii” – bez fajerwerków mistyki, za to z upartą codzienną wiernością.
Atutem książki jest to, że autor nie zatrzymuje się na biograficznej anegdocie. Teresa nie występuje tu jako słodka karmelitanka z obrazka, ale jako teolog praktyk, który swoją chorobą, nocą wiary i irytującą czasem dziecięcością wypowiada coś bardzo poważnego o Bogu: że jest On bardziej zdeterminowany kochać, niż my jesteśmy zdeterminowani grzeszyć. Lafrance czyta jej teksty prawie jak egzegeta – wyciąga z krótkich zdań konsekwencje dla rozumienia modlitwy, pokory i zaufania. W efekcie „Miłość moim powołaniem” to nie kolejna biografia dla pobożnych pań z kółka różańcowego, ale zwięzłe wprowadzenie do duchowości, która stoi zadziwiająco blisko intuicji współczesnej teologii miłosierdzia, choć wyszła spod pióra dziewczyny zamkniętej w klasztorze pod koniec XIX wieku.
Polskie wydanie Edycji Świętego Pawła, cieniutkie i typowo „modlitewne” w formacie, trochę maskuje fakt, że to w gruncie rzeczy książka wymagająca – nie intelektualnie, lecz egzystencjalnie. Lafrance nie serwuje „łagodnej” Teresy, którą można poczytać przed snem, tylko Teresę, która prosi o ryzyko: o przyjęcie własnej słabości jako miejsca działania Boga, o zgodę na duchową ciemność bez ciągłego szukania „pocieszeń”. Dla jednych będzie to lektura uwalniająca – bo rozbraja neurotyczne ideały doskonałości; dla innych – irytująca, bo odbiera oparcie w zasługach i duchowych „osiągnięciach”. W każdym razie jest to jedna z tych niewielkich objętościowo książek, które potrafią długo krążyć w czytelniku, o ile nie potraktuje się ich jak kolejnego souveniru z Lisieux.