Muzułman wraca do domu i inne pamiętniki więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych
Opracowanie: Stanisław Nowakowski
Wydawnictwo: Krajowa Agencja Wydawnicza, 1985
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
„Muzułman wraca do domu…” to egzemplarz typowy dla polskiej literatury obozowej lat 70. i 80., a zarazem dość osobliwy: zamiast jednej „wielkiej” narracji mamy dziewięć głosów, które nie próbują udawać spójnej opowieści. Opracowanie Stanisława Nowakowskiego narzuca pewien porządek, ale nie ton – ten pozostaje przy autorach pamiętników. Od razu czuć, że nie pisały tego osoby zawodowo parające się literaturą: styl bywa chropawy, nierówny, czasem naiwny, a jednak właśnie ta „nieliterackość” decyduje o sile książki. Czytelnik nie dostaje wyszlifowanego „świadectwa pokoleń”, lecz brulion historii, które ocalały bardziej z potrzeby zapisu niż z ambicji artystycznej.
Znaczenie tego tomu polega raczej na szerokości perspektywy niż na wyjątkowości poszczególnych tekstów. Głosy kobiet i mężczyzn, ludzi różnych zawodów, temperamentów i biografii układają się w mozaikę: od relacji niemal kronikarskich po fragmenty nasycone emocją, pisane tak, jakby autor wciąż jeszcze nie wyszedł z baraku. Tytułowy „Muzułman” – termin obozowy na określenie więźnia skrajnie wyniszczonego – wracający do domu staje się symbolem całego tomu: oto ci, których nazistowska machina miała zredukować do numeru, próbują odzyskać mowę, imię i pamięć. Zwięzły słowniczek i noty o obozach nie są tu dodatkiem dydaktycznym, lecz czymś w rodzaju aparatów korekcyjnych, które pomagają czytelnikowi nie uciec w abstrakcję.
Książka lokuje się w sąsiedztwie klasyków polskiej literatury obozowej – Borowskiego, Nałkowskiej, Rudnickiego – ale funkcjonuje na innym piętrze. Nie aspiruje do kondensacji metaforycznej „Opowiadań” Borowskiego ani do moralistycznego namysłu „Medalionów”; jest raczej dokumentacyjną wiwisekcją przeżycia, surowym materiałem, po który chętnie sięga historyk, pedagog czy badacz pamięci zbiorowej. To wydanie KAW-u z 1985 roku nosi też ślady epoki – wyczuwalny jest ton oficjalnej troski o „utrwalenie martyrologii”, choć same relacje na ogół wymykają się propagandowym schematom. W rezultacie powstał tom nie tyle „ważny”, co uporczywie potrzebny: książka, do której rzadko wraca się dla doznań estetycznych, ale którą dobrze mieć w zasięgu ręki, gdy chcemy zobaczyć, jak różnie może brzmieć słowo „byłem w obozie”.