Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
EAN: 9788375365559
Wysyłka od: 15.00 PLN

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie
Autor: Beata Chomątowska

Wydawnictwo: Czarne, 2013
Okładka: miękka 
Stan: dobry plus 

Uwagi: brak

O książce

Beata Chomątowska w tej książce wykonuje ruch dość rzadki w polskiej prozie emigracyjnej: zamiast heroicznej epopei „za chlebem” dostajemy pół-łotrzykowską, pół-dziennikową opowieść o tym, jak się błąka po Europie człowiek z rozpędzonego, ale wciąż prowizorycznego kraju. Koniec lat 90. to tu nie tło, lecz współbohater – Polska jeszcze na zewnątrz Unii, mentalnie zawieszona między PRL-owskim strachem przed „Zachodem” a euforią, że oto można tanimi liniami i na zmywak. Breda staje się dziwnym laboratorium: to nie Paryż ani Londyn, tylko miasto średniego kalibru, w którym tym wyraźniej widać drobne fikcje, jakimi karmią się młodzi emigranci – że to wszystko „na chwilę”, że praca w kawiarni jest tylko epizodem w wielkiej europejskiej przygodzie.

Interesujące jest, jak Chomątowska rozgrywa swoją „Beatę” – niby własne imię, niby pamiętnik, ale zarazem postać wystarczająco wykreowana, by móc ją bez sentymentu podważać. Autorka ma reporterski słuch do szczegółu: potrafi z jednego dialogu przy barze wydobyć małą socjologię Polonii, Holendrów i całego tego międzynarodowego pół-światka, który żyje w rytmie zmian grafików, imprez i krótkich, intensywnych przyjaźni. Tytułowa „przyjaźń” też nie jest tu słowem łatwym – w obcym kraju więzi zacieśniają się szybko, ale równie szybko się rozsypują; zaufanie miesza się z kalkulacją, wspólnota – z tymczasowością. W tym sensie książka stoi bliżej prozy Andrzeja Stasiuka z jego wczesnych opowieści o włóczędze, niż klasycznych „powieści migracyjnych”, które zwykle są bardziej moralizatorskie niż szczere.

Styl Chomątowskiej jest żywy, nerwowy w dobrym sensie, podszyty ironią, ale bez wyższości. Widać rękę reporterki: detale wnętrz, zapachy, maniery Holendrów czy Polaków na emigracji są uchwycone tak, by od razu nadawały się na małe studium obyczajowe. Jednocześnie autorka nie udaje, że przeżyła „wielką traumę emigracyjną” – to raczej kronika rozczarowań na własne życzenie, nieco szczeniackiej wiary w to, że świat sam się ułoży, jeśli tylko wyjedzie się dostatecznie daleko. Dla czytelnika, który pamięta tamten czas – przedunijne wyjazdy „na chwilę” – będzie tu sporo rozpoznawalnych tonów; dla młodszego może to być całkiem pouczająca lekcja, że wolność i mobilność, tak chętnie fetowane, w praktyce wymagają więcej niż biletu w jedną stronę i odrobiny odwagi.

Polecamy