O nowy typ muzeów sztuki
Autor: Marian Minich
Wydawnictwo: Universitas, 2018
Okładka: miękka
Stan: dobry plus
Uwagi: brak
O książce
„O nowy typ muzeów sztuki” to jeden z tych tekstów, które z dzisiejszej perspektywy czyta się jak projekt utopii – tyle że utopii bardzo precyzyjnie obliczonej, opartej na systematyce form, a nie na mglistym humanizmie. Minich, dyrektor łódzkiego muzeum i praktyk z krwi i kości, proponuje nie tyle „ładniejszy” sposób wieszania obrazów, ile przestawienie całego muzealnego porządku: zamiast kojącej chronologii, w której widz bezpiecznie przesuwa się od renesansu do współczesności, otrzymujemy ekspozycję zorganizowaną wokół form i ich przemian. To myślenie podszyte Wölfflinem – styl, forma, rozwój typów kompozycyjnych – ale przełożone na konkret: na sale, trasy zwiedzania, rytm spojrzenia. Muzeum w takiej wersji nie archiwizuje przeszłości, lecz pokazuje logikę widzenia.
Najbardziej namacalnym eksperymentem tej koncepcji jest oczywiście Sala Neoplastyczna – laboratorium nowego muzeum, a nie tylko pomnik Strzemińskiego. Minich traktuje ją jak model komórki organizacyjnej przyszłej instytucji: sali, która sama posiada program, własną „gramatykę” form, uczy czytać sztukę awangardową nie przez anegdotę i biografie, tylko przez napięcia linii, płaszczyzn, kolorów. W tym sensie książka jest równocześnie traktatem i instrukcją obsługi: jak wykorzystać muzeum do kształtowania kompetencji wzrokowych społeczeństwa, jak uczynić z widza nie klienta czy „odbiorcę kultury”, lecz kogoś, kto potrafi myśleć formą. W tle pobrzmiewa ambicja głęboko modernistyczna: muzeum jako narzędzie przebudowy świadomości, a nie salon z obrazami.
Dzisiejsza lektura maszynopisu z końca lat 50. ma jeszcze jeden smak: to dokument nieco paradoksalny. Powstaje w realiach PRL-owskiej odwilży, w kulturze oficjalnie deklarującej edukacyjną misję sztuki, a jednocześnie niespecjalnie chętnej do akceptowania awangardowego eksperymentu. Minich proponuje muzeum, które jest zarazem krytyką tradycyjnego, historycznego modelu instytucji, jak i cichą polemiką z doraźną propagandą – bo u niego „wychowanie” odbywa się poprzez wejście w abstrakcyjny język form, a nie poprzez ilustrację tez politycznych. Dla współczesnego czytelnika ta książka jest więc czymś więcej niż zabytkiem z dziejów muzealnictwa: to punkt odniesienia w dyskusji o tym, czy dzisiejsze muzea jeszcze mają odwagę formułować tak spójne, ryzykowne programy, czy tylko zarządzają ruchem turystycznym w ładnie zaprojektowanych pudełkach.