Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
Wysyłka od: 15.00 PLN

Estrada Satyryczna 1945-1955

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1955
Okładka: miękka 
Stan: dobry

Uwagi: pieczęć Opactwa OO Cystersów w Szczyrzycu

O książce

„Estrada satyryczna. Wybór tekstów estradowych z lat 1945–1955” to właściwie małe laboratorium tego, jak polski dowcip uczył się chodzić w kagańcu. Marianowicz zebrał tu teksty, które z jednej strony miały bawić publiczność świeżo po wojnie – publiczność poranioną, biedną, ale głodną śmiechu – z drugiej zaś musiały przejść przez gęste sito ówczesnej cenzury i obowiązkowego optymizmu. Stąd osobliwe napięcie: obok lekkich kupletów i numerów konferansjerskich przewijają się aluzje do absurdów codzienności, urzędniczej głupoty, kolejek, prowizorki – ale wszystko podane tak, by nie podważyć „słusznej linii”. Trzeba czytać te teksty trochę jak stenogram z epoki, w której to, czego nie wolno było powiedzieć wprost, sygnalizowało się tempo pointy, niepozorną rymowanką, przestawieniem akcentów.

Dobór autorów mówi więcej o polskiej kulturze niż niejedna historyczna monografia: Brzechwa, Jurandot, Słonimski, Tuwim, Grodzieńska, Waldorff, Wiech – ludzie, którzy przed wojną i tuż po niej pracowali dla kabaretów, teatrzyków rewiowych, scen satyrycznych, a teraz musieli się odnaleźć w rzeczywistości „Polski Ludowej”. W antologii czuje się przejście od jeszcze stosunkowo swobodnej, powojennej fazy chaosu do twardego socrealistycznego kostiumu, w którym satyra powinna „piętnować przeżytki” i z zapałem wychwalać Nowe. Najciekawsze są momenty pęknięć: kiedy autor, pisząc niby o bumelanctwie czy spekulantach, mimochodem portretuje ogólną szarzyznę i absurd codzienności. Wtedy kabaret zbliża się na chwilę do tego, czym był wcześniej – do inteligentnego, miejskiego komentarza na gorąco – zanim znów przypomni sobie, że powinien być dydaktycznym apendysem propagandy.

Osobną przyjemnością jest aspekt materialny i plastyczny: Flisak ilustruje ten świat z charakterystyczną dla siebie mieszaniną ironii i czułości – kreska jest lekka, ale spojrzenie bystre, jakby rysownik mówił: „wiem, że to wszystko trochę teatr – i wy też to wiecie”. Format kieszonkowy i miękka okładka PIW-u sprawiają, że książka bardziej przypomina notes konferansjera niż „poważną” antologię; słusznie, bo mamy tu przede wszystkim żywą materię sceny, utwory pomyślane do mówienia, śpiewania, mrugania do publiczności. Współczesny czytelnik nie dostanie więc „śmiechu na zawołanie”, tylko dokument epoki, w której prawdziwa satyra musiała się przebierać za grzeczny humor – i właśnie to przebranie czyni ten wybór tak ciekawym dzisiaj.