Monet
Autor: Jude Welton
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Okładka: twarda
Stan: dobry
Uwagi: exlibris
O książce
„Monet” Jude Weltona to typowy produkt epoki, w której Dorling Kindersley postanowił, że oko może zastąpić pół semestru historii sztuki. To nie jest monografia w sensie akademickim, raczej „laboratorium Moneta” – książka, w której obrazy traktowane są jak eksponaty pod szkłem powiększającym. Reprodukcje, detale pociągnięć pędzla, fragmenty płócien wycięte niczym próbki tkanin – wszystko podporządkowane jest jednemu zadaniu: pokazać, jak Monet „działa”, zanim jeszcze wytłumaczy się, co „znaczy”. To istotne, bo wiele popularnych publikacji o impresjonizmie zaczyna od ideologii ruchu, a dopiero potem schodzi do konkretu. Welton idzie odwrotną drogą.
Autor korzysta z klasycznej dla serii Eyewitness metody: krótkie, klarowne bloki tekstu, otoczone gęstą, ale przemyślaną ikonografią. Mamy więc i kadry z Giverny, i ukiyo-e jako wizualne echo japońszczyzny w malarstwie Moneta, i zestawienia kolejnych wariantów tej samej sceny z serii obrazów – katedr, stogów, lilii wodnych. To nie tyle „biografia artysty”, ile mapa jego obsessions: światło, odbicie, mgła, woda, pora dnia. Biografia – dzieciństwo, przenosiny, bieda, sukces – jest obecna, ale wyraźnie służebna wobec tematu techniki i spojrzenia. Nastoletni czytelnik dostanie tu podstawowe fakty, a czytelnik dorosły – wizualne przypomnienie, jak rewolucyjnie zwyczajne były Moneta motywy.
Siła tej książki nie leży w odkrywczych tezach, lecz w rzemiośle popularyzatorskim. Welton pisze prosto, ale nie infantylnie; unika pompatycznego tonu, a jednocześnie nie sprowadza Moneta do pocztówki z muzealnego sklepiku. To dobre „pierwsze spotkanie” z artystą – albo elegancki przewodnik kieszonkowy przed wizytą w muzeum. Znawca impresjonizmu nie znajdzie tu rewolucji, lecz może doceni sposób, w jaki książka uczy patrzenia: poprzez detale, porównania i wizualne skojarzenia, a nie przez nudne wyliczanie „istotnych dzieł”. Jeśli polskie wydanie pod innym ISBN rzeczywiście istnieje, najprawdopodobniej zachowuje wszystkie te cechy: jest to album, który bardziej otwiera oczy niż bibliografię – i w tej roli sprawdza się zaskakująco dobrze.