Przechadzki Sylena
Autor: Leszek Elektorowicz
Wydawnictwo: Czytelnik, 1971
Okładka: miękka
Stan: dobry
Uwagi: pieczęć Opactwa OO Cystersów w Szczyrzycu
O książce
„Przechadzki Sylena” to ten typ tomu, który w bibliotece znika w cieniu głośniejszych sąsiadów, choć to właśnie z niego dochodzą najciekawsze głosy. Elektorowicz, lepiej pamiętany jako poeta, w tych czterech prozach ćwiczy figurę bohatera–komentatora, kogoś między flâneurem a moralistą po przejściach. Tytułowy Sylem – postać ewidentnie podszyta autobiografią autora – przechadza się nie tyle po mieście, ile po własnej świadomości; to raczej spacer umysłu niż nóg. W tle mamy Polskę późnych lat 60. – z jej półsłowami, niedopowiedzeniami, koniecznością mówienia „na ukos” – ale to, co Elektorowicza naprawdę interesuje, to jednostka, która z tej rzeczywistości próbuje się wyślizgnąć za pomocą ironii i bezlitosnej samowiedzy.
Wszystkie cztery opowiadania łączy figura outsidera, który odrzuca „normalność” nie z pozy, tylko z poczucia elementarnej uczciwości wobec siebie. Elektorowicz nie robi z tej postawy ani heroicznego mitu, ani romantycznej legendy; bliżej mu do chłodnej wiwisekcji. W „Przechadzkach Sylena” i „Zaproszeniu do zamku” gra konwencją – trochę eseistyczną, trochę quasi-oniryczną – pokazując, jak bohater rozbiera na części pierwsze każdą sytuację społeczną, aż zostanie z niej naga konwencja, pusty rytuał. W „Nazwijmy to morderstwem” i „W potrzasku” ten sam sceptycyzm przesuwa się w rejony kryminalno‑psychologiczne, ale zamiast klasycznej intrygi dostajemy analizę winy, odpowiedzialności i tego, co dzieje się z człowiekiem, który widzi za dużo, a działać potrafi za mało. To proza, w której „akcja” jest pretekstem do podsłuchiwania wewnętrznego monologu.
Na tle polskiej prozy egzystencjalnej XX wieku Elektorowicz stoi gdzieś na uboczu, obok wielkich szyldów typu Andrzejewski czy Mrożek. Zamiast metafizycznych efektów specjalnych – dyskretna, precyzyjna robota psychologiczna; zamiast wielkich tez – doraźne, ale celne rozpoznania ludzkich zachowań w systemie, który uczy udawania. „Między bytem a niebytem”, jak chciał krytyk, nie jest tu abstrakcyjną formułką, tylko doświadczeniem człowieka, który odmawia uczestnictwa w zbiorowej grze pozorów i płaci za to samotnością oraz chronicznym poczuciem obcości. „Przechadzki Sylena” to lektura dla tych, którzy lubią, gdy proza nie tyle opowiada historię, ile zmusza do zadania sobie dość nieprzyjemnego pytania: na ile moje własne „ja” to jeszcze postawa, a na ile już tylko dobrze wytrenowana rola.