Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
Wysyłka od: 15.00 PLN

Bejdula i paradnice
Autor: Anna Kowalska

Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, 1961
Okładka: miękka z obwolutą
Stan: dobry

Uwagi: pieczęć Opactwa OO Cystersów w Szczyrzycu

O książce

„Bejdula i paradnice” to taki tom, który przypomina, że polska proza powojenna nie musiała krzyczeć, żeby być przejmująca. Kowalska zamiast wielkich dekoracji historycznych wybiera skalę mikro: mieszkanie, podwórko, uliczkę, zapamiętane twarze. Z tej niby skromnej materii wydobywa świat emocjonalnie gęsty – nie ma tu szybkich olśnień, są raczej powolne, nieco melancholijne odkrycia o tym, kim się stało, żyjąc z innymi ludźmi i obok nich. Tytułowe „Bejdula” i „paradnice” brzmią jak nazwy z rodzinnego folkloru: trochę śmieszne, trochę wstydliwe, a jednak niosące w sobie prywatny mit, coś, o czym się woli mówić półszeptem.

W tych opowiadaniach szczególnie wyczuwalna jest obsesja czasu: postacie są jak ludzie przyłapani w chwili zawahania, gdy przeszłość nie jest już żywa, a przyszłość jeszcze nie nadeszła. Kowalska lubi taki moment „pomiędzy”, w którym wychodzą na jaw wszystkie drobne samooszustwa – rodzinne, małżeńskie, zawodowe. Nie ma w tym okrucieństwa, jest raczej cierpliwa, lekko ironiczna czułość: autorka wie, że jej bohaterowie błądzą, ale wie też, że innego życia, bardziej „harmonijnego”, po prostu nie ma. Stąd obecne w tomie napięcie między utopią a pogodzeniem się – w opowiadaniu „Utopia” nie chodzi o żaden program polityczny, ale o tę chorobliwą skłonność człowieka, by wymyślać sobie życie, którego nie będzie.

W prozie Kowalskiej szczególnie pociągająca jest nie tyle „fabuła”, co sposób patrzenia. To pisarka z rodzaju tych, których można czytać dla jednego, celnie uchwyconego gestu albo zdania – bliska miejscami Dąbrowskiej, ale mniej moralizująca, z bardziej nerwowym, miejskim nerwem. Jej introspekcja nie jest salonowa: psychika bohaterów wyrasta z realnej topografii – wrocławskich ulic, prowizorycznych mieszkań, pejzażu odbudowywanego miasta i prywatnych ruin, które odbudować trudniej. „Bejdula i paradnice” działa więc dziś jak dobrze zachowany zapis stanu ducha pewnego powojennego pokolenia, ale bez muzealnej patyny: czyta się to jak notatki kogoś, kto wiedział, że pamięć jest krucha, a mimo to uparcie ją porządkował w krótkich, gęstych opowieściach.

Polecamy