Wczytuję dane...
Realizacja zamówienia: 2 dni
Wysyłka od: 15.00 PLN

Trzy listy prababki i inne opowiadania
Autor: Zygmunt Bartkiewicz
Obwoluta: Jerzy Jaworowski

Wydawnictwo: Czytelnik, 1959
Okładka: miękka z obwolutą
Stan: dobry

Uwagi: brak

O książce

„Trzy listy prababki i inne opowiadania” to przykład tej prozy, której dziś prawie się nie wznawia, a która przez dziesięciolecia formowała wyobrażenie o „dawnej Polsce” u czytelnika masowego. Bartkiewicz nie rekonstruuje dziejów szlachty w trybie Sienkiewiczowskiego fresku, ani nie robi z niej obiektu chłodnego, Żeromskiego rozrachunku. Wybiera ton pośredni – gawędę podszytą ironią, czułość bez nabożności, sentyment bez lukru. Tytułowe „Trzy listy prababki” i towarzyszące mu teksty układają się w coś w rodzaju rodzinnego archiwum imaginacyjnego: przeszłość nie jest tu kategorią historyczną, lecz intymną, przechowywaną w listach, anegdotach, powiedzonkach, rodzinnych fantazmatach.

Jako prozaik Bartkiewicz bywa zaskakująco nowoczesny w tym, jak rozumie „pamięć zbiorową” – choć oczywiście nie użyłby tego pojęcia. Opowiadania takie jak „Gdzie dusza Warszawy” są w gruncie rzeczy próbą uchwycenia momentu, gdy dawna struktura społeczna jeszcze istnieje, ale już wie, że się kończy: mieszczaństwo, zdeklasowana szlachta, rodzące się nowe elity ocierają się o siebie na scenie miejskiej, której autor nie idealizuje. Z kolei teksty bardziej „rodzinne” – „Matczyna dola”, „Małe kobietki” – pokazują, że za herbem, konwenansem i rytuałem kryje się prosta, często niewesoła ekonomia uczuć, zależności i przymusów. Ta mieszanina naturalistycznej obserwacji z gawędziarskim, nieco przymrużonym okiem sprawia, że książka nie jest ani ckliwą ramotą, ani heroicznym panoptikum.

Wartość tego tomu polega dziś chyba najmocniej na możliwości podejrzenia, jak polska inteligencja połowy XX wieku próbowała jeszcze raz „opowiedzieć sobie” świat ziemiański – już bez złudzeń, ale też bez triumfalnego potępienia. „Czytelnik” w 1959 roku nie wydawał Bartkiewicza po to, by rozbudzać nostalgię za dworem, lecz by zarejestrować pewien styl życia i myślenia, który właśnie znikał z pamięci żyjącej generacji. Dla współczesnego czytelnika zbiór może być czymś w rodzaju literackiej fotografii dawnego habitusu – z całą jego klasową ślepotą, ale i z niepodrabialnym idiomem językowym, rubaszną anegdotą, lekko melancholijną obserwacją przemijania. To literatura „drugiego szeregu”, ale z tego solidnego, bez którego kanon wyglądałby jak dekoracja bez kulis.

Polecamy