Wiersze
Autor: Stanisław Ryszard Stande
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1958
Okładka: twarda z obwolutą
Stan: dobry
Uwagi: brak
O książce
Tom „Wiersze” Standego jest w gruncie rzeczy grubą, płócienną kapsułą czasu: zamknięto tu nie tylko dorobek poety, lecz całe doświadczenie przedwojennej, radykalnej lewicy, przepuszczone przez wrażliwość człowieka, który naprawdę wierzył, że słowo może przyspieszać historię. To poezja, która nawet kiedy posługuje się hasłem i transparentem, bywa boleśnie osobista; mniej tu „soc-poetyckiego” ornamentu, więcej twardej, reporterskiej energii agitatora, który chodził po robotniczych dzielnicach, a nie tylko po korytarzach redakcji. Wybór z kilku tomików i poematów układa się w coś na kształt intymnego dziennika rewolucjonisty – od wczesnego, nieco naiwnie entuzjastycznego tonu, aż po teksty, w których pod spodem wyczuwalny jest ciężar doświadczenia, rozczarowań i coraz ciemniejszej historii.
Ideowo – wszystko jest jasne: marksizm, KPP, rewolucja społeczna, wiara w „nasz krok” i „człowieka kroczącego po ziemi” z podniesioną głową. To, co czyni Standego ciekawszym od wielu jego towarzyszy sztandaru, to język: słychać w nim i rosyjskie lektury (twardość, patos prostoty), i wpływy literatury anglojęzycznej (skłonność do skrótu, obrazowość bez metaforycznego baroku). Miejscami przypomina to wczesnych Majakowskiego i Jesienina przepisanych na warszawski bruk: fraza bywa szorstka, rytm marszowy, ale co jakiś czas pojawia się zaskakująco delikatny szczegół – gest dłoni, kadr z ulicy, który psuje propagandową przejrzystość i nagle robi się z tego wiersz o człowieku, nie o „masach”. Widać, że pisał ktoś, kto naprawdę znał cenę zaangażowania, a nie tylko jego słownik.
Wydanie z 1958 roku ma w sobie ów specyficzny paradoks powojennej polszczyzny: państwowe wydawnictwo rehabilituje poetę zamordowanego w kraju, do którego ideowo pielgrzymował, jednocześnie wygładzając biografię do formuły „tragicznego losu rewolucjonisty”. Wstęp Stanisława Ludkiewicza pełni tu rolę wyjaśniająco-kanonizującą: czytelnika prowadzi się ku lekturze „poetyckiego pamiętnika agitatora”, ale między wierszami łatwo dostrzec, że jest to także opowieść o złamanym zaufaniu do historii. Dziś tom Standego czyta się już nie jako podręcznikowy przykład poezji zaangażowanej, lecz jako dokument pewnej wiary, która skończyła się wyrokiem śmierci wydanym przez „własną stronę”. Dlatego ten dość skromny, 206‑stronicowy tom jest ciekawszy niż się wydaje: to nie tylko archiwum lewicowych sloganów, lecz zapis, jak idea może zjeść własnego herolda.